Sopot. Rodzinne miasto ks. Jana Kaczkowskiego. Kiedyś Patryk Galewski tu chciał odebrać sobie życie
A jeszcze 13 lat temu, to w Sopocie, tuż obok owianej złą sławą Zatoki Sztuki, Patryk próbował po raz trzeci odebrać sobie życie.
– Bardzo się cieszę, że na nasze spotkanie wybraliśmy Sopot, bo tak naprawdę od niedawna, wraz z rodziną, jesteśmy formalnie mieszkańcami tego miasta – mówi w rozmowie z “Faktem” Patryk Galewski, dawny podopieczny ks. Jana Kaczkowskiego, a dziś członek fundacji jego imienia. – Miasto Sopot jest bliskie mojemu sercu z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że tu urodził się Jan i tu jest pochowany. Drugą rzeczą, która wydarzyła się w moim życiu właśnie w Sopocie jest to, że to właśnie za Zatoką Sztuki, na plaży, po raz trzeci, chciałem odebrać sobie życie. Podciąłem sobie żyły. To było w 2010 r. Tuż przed poznaniem Jana. Miałem wtedy 23 lata – opowiada nam Patryk.
Patryk Galewski: byłem odbierany jako ćpun, złodziej, kryminalista, po prostu jako zły człowiek
– To był ten moment, gdy ukrywałem się przed policją, chcieli odwieszać mi wyroki, miałem do odsiedzenia 7 lat i pełno długów. Straciłem jakikolwiek sens do życia – tłumaczy.
– Byłem w społeczeństwie odbierany jako ćpun, złodziej, kryminalista, po prostu jako zły człowiek. Tak wtedy wyglądało moje życie, a teraz wygląda ono zupełnie inaczej. Dzisiaj chciałbym wykrzyczeć i powiedzieć całemu światu, że jestem najszczęśliwszym facetem na świecie, stojąc w Sopocie, tu, gdzie kiedyś chciałem odebrać sobie życie – mówi “Faktowi” Patryk Galewski.
– Dzisiaj stoję tu jako szczęśliwy tata, jako szczęśliwy mąż, jako człowiek, który jest częścią Fundacji im. ks. Jana Kaczkowskiego. Jako człowiek, który jest odpowiedzialny za projekt “PaKa. Inne garowanie”. To projekt dla dzieciaków w tarapatach – podkreśla.
Patryk Galewski i projekt “PaKa”
– Przeprowadziłem się z Helu do Sopotu, właśnie po to, by tu stworzyć stacjonarne miejsce projektu “PaKa”. Będzie to restauracja z warsztatownią. Takie miejsce prospołeczne, dla osób, które były w podobnej sytuacji jak ja kiedyś, na życiowym zakręcie. Dla osób, które teraz przebywają w zakładach poprawczych, domach dziecka, w młodzieżowych ośrodkach wychowawczych. Dla uczniów szkół. Dla wszystkich, którzy czują, że ich życie traci sens – mówi bohater filmu “Johnny”․
Patryk z wielką pasją opowiada o tym projekcie. Mówi, że jest on lustrzanym odbiciem jego relacji z Janem.
– Są to, na razie w wersji mobilnej, warsztaty kulinarne. Wraz z całą rodziną wsiadamy w kamper i odwiedzamy smutne miejsca, czyli domy dziecka, zakłady poprawcze, ale też szkoły. Spotykamy się i gadamy. Robię to w taki sposób, w jaki robił to Jan. Używam odpowiedniej komunikacji, żeby z tą młodzieżą się dogadać – opowiada nam podopieczny ks. Jana. – Jak wjeżdżam do zakładu poprawczego, to nawijam językiem więzienno-podwórkowo-blokowym, żeby to, co mówię zostało odebrane. Jan tak samo robił kiedyś ze mną. Rozmawiał ze mną jak swój. A oni chcą tego słuchać, nawet przez 2,5 godziny potrafią słuchać z zaciekawieniem. Znajdują w mojej historii część swojego życia. Opowiadają mi o swoich najtrudniejszych momentach w życiu – dodaje Patryk.
Dawid Ogrodnik jako ks. Jan Kaczkowski
Podczas tych spotkań, opowiadają mu o swoich strasznych przeżyciach. O gwałtach, molestowaniach, próbach samobójczych.
– Ostatnio cała Polska żyła tragiczną śmiercią 8-letniego Kamilka. Ale takich sytuacji jest przeogromnie dużo. Oni opowiadają mi o molestowaniach, gwałtach przez rodziców. Jesteśmy po to, by dać wiarę i nadzieję tym dzieciakom. Film “Johnny” bardzo mocno pomaga. Przeogromnie trafia do młodych ludzi. Jan na pewno się uśmiecha patrząc na to wszystko – mówi Patryk Galewski.
Ks. Jan Kaczkowski zmarł 28 marca 2016 r. Miał 38 lat. W 2012 r. zdiagnozowano u niego glejaka mózgu.
Mówił o sobie onkocelebryta i dodawał, że “był znany z tego, że miał raka”. Na każdym kroku powtarzał: “Zamiast ciągle na coś czekać, zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż ci się wydaje”. Jest pochowany w Sopocie. W filmie w jego postać wcielił się Dawid Ogrodnik.