PORTMONEE.
Do wypłaty jeszcze tydzień. Mój syn jest chory. Nie mamy żadnych pieniędzy. Dobrze, że sama pracuję w aptece! – smutne myśli dręczyły Swietłanę, gdy wracała rano z apteki. – Od kogo mogę pożyczyć pieniądze? Przynajmniej dwa tysiące. Albo lepiej pięć tysięcy. Ale trzeba je spłacić. Niby dwadzieścia pięć netto, ale pieniędzy wciąż za mało. Chciałabym, żeby ktoś się ze mną ożenił. Kto by mnie chciał? Dwadzieścia siedem, daleka od piękna i z dzieckiem. Och, musimy się pospieszyć. Mój syn się obudzi. I będzie padać.”
I wtedy zobaczyła torebkę w trawie przy jezdni. Szybko podeszła i ją podniosła. Rozejrzała się – nikogo nie było! Szybko włożyła ją do torby lekarskiej i pospieszyła do domu.
Po cichu weszłam do mieszkania, podeszłam do łóżeczka. Jej syn wciąż spał. Wyjęłam torebkę, otworzyłam. Wizytówki, karta bankowa, dokumenty… pieniądze. Zaczęłam czytać… Straciłam rachubę. Policzyłam jeszcze raz:
„Siedemdziesiąt siedem tysięcy! Trzy moje miesięczne pensje!”
– Mamo – usłyszałam głos syna.
Włożyłam torebkę z powrotem do torby i podbiegłam do łóżeczka.
– Jak się masz, synku? – Dotknęłam jego czoła. – Chyba nie mam gorączki!
– Mamo, jestem głodny!
– Zaraz wracam. Załóżmy skarpetki, podłoga jest zimna! – Założyłem skarpetki. – Idź do toalety i umyj się! Jesteś dużym chłopcem, masz cztery lata.
Włożyłam talerze z kaszą manną, ugotowaną przed wyjściem do apteki. Mój syn wszedł do kuchni i mruknął:
– „Mamo, ja nie chcę kaszki! Daj mi kiełbasę!
– Dimoczka, nie mam żadnej! – Otworzyłam lodówkę, spojrzałam na zawartość. – Jedz owsiankę! Kupimy coś później.
„Naprawdę, powinnam iść do sklepu i wydać te pieniądze. Nie ukradłem ich, znalazłem je. Nadeszła wiosna, a ja nie mam się w co ubrać. Dimka potrzebuje ubrań do przedszkola”.
Widziała, jak bardzo jej syn był niezadowolony z jedzenia owsianki.
– Synku, chcesz herbaty?
– Ze słodyczami?
– Bez słodyczy. Chcesz ciasteczka?
Szybko nalała herbatę. Położyłem kilka herbatników na talerzu.
„Co robić? Co robić? Osoba, która je zgubiła, też będzie miała problemy. Może to jego ostatnie pieniądze, a może na coś oszczędza. Tam jest karta bankowa i jakieś dokumenty”.
Poszedłem do pokoju i wyjąłem z torby torebkę drugiego mężczyzny. Wziąłem jedną z wizytówek.
„Konstantin Pawłowicz Timonin. „Serwis samochodowy Voyage.” Wygląda na to, że nie jest biedny, skoro to wizytówka. Co za różnica? Biedny czy nie biedny. To nadal czyjeś pieniądze i musimy je zwrócić. Tam jest numer telefonu…”
Swietłana zastanowiła się jeszcze chwilę, westchnęła ciężko i zaczęła wybierać numer na swoim telefonie:
– Słucham! – odezwał się zirytowany męski głos.
– Czy to Konstantin Pawłowicz Timonin?
– Tak. Z kim rozmawiam?
– Znalazłam torebkę. Są tam dokumenty, pieniądze…
– Młoda damo, młoda damo, gdzie jesteś? – Głos stał się radosny. – Zaraz tam będę.
Swietłana podyktowała adres.
Dwadzieścia minut później na korytarzu zabrzmiała melodia domofonu.
– Jestem Timonin. Dzwoniłaś do mnie.
– Zgłoś się!
Minutę później wszedł niemłody już mężczyzna, z brzydką twarzą pokrytą bliznami i siwymi włosami:
– Halo!
– Proszę, twoje! – Swietłana podała mu znalezisko.
Otworzył je, sprawdził zawartość. Na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech:
– Dziękuję bardzo!
Potem rozejrzał się po ubogim jednopokojowym mieszkaniu, chudy chłopiec stał obok matki. Wyjął z torebki wszystkie pieniądze:
– Bierz!
– Po co? – Kobieta była zdezorientowana.
– Zaoszczędziłeś mi wielu kłopotów. Nie będę biedny, a ty nie będziesz tego potrzebować – położył pieniądze na szafce nocnej. – Dziękuję bardzo!
Mężczyzna skinął głową i wyszedł.
Swietłana patrzyła na pieniądze na szafce nocnej przez kilka minut, po czym wyrzuciła ręce w powietrze:
– „Hurra!
– Co, mamo? – Syn nie zrozumiał.
Wzięła syna w ramiona i obróciła go dookoła:
– Już dobrze, synku! – Położyła go na podłodze i wyjrzała przez okno. – Na zewnątrz świeci słońce, a my idziemy z tobą do sklepu.
Radość udzieliła się jej synowi, który pospiesznie zaczął się szykować.
Dobrze jest mieć pieniądze! Byliśmy z synem w sklepie dwa razy. Za pierwszym razem – kupiliśmy artykuły spożywcze, za drugim – ubrania na wiosnę.
W sobotę pojechaliśmy nad jezioro. Było ciepło, a mój syn nigdy wcześniej nie był na świeżym powietrzu. Zabraliśmy ze sobą trochę jedzenia.
Dimce smakowało. Oczywiście było za wcześnie na pływanie, ale nigdy nie wyszedł z wody. Oboje mieli wilczy apetyt.
Chmury zebrały się jakoś niespodziewanie. Wczasowicze popędzili do swoich samochodów, a Swietłana z synem na przystanek autobusowy.
Nie było marszrutek, lał deszcz.
I nagle zatrzymał się jeep. Wyskoczył z niego mężczyzna o siwych włosach. Otworzył tylne drzwi:
– Wsiadaj szybko!
– Konstanty Pawłowicz?! – zawołała zaskoczona Swietłana.
– Wchodź! Wchodź!
– Aha, i wszystko na ciebie posmarujemy! – Wsiadając do samochodu, kobieta krzyknęła.
– To nic takiego! – samochód płynnie ruszył. – A potem nawet nie zapytałem, jak masz na imię.
– Swietłana.
– A ja Dima – powiedział chłopiec.
– A ja – wujek Kostia! – uśmiechnął się mężczyzna.
– Postanowiliśmy pojechać z synem nad jezioro, ale złapał nas deszcz – zaczęła się usprawiedliwiać Swietłana.
– Dokąd idziecie?
– Jesteśmy na ulicy Komarowa. To na końcu miasta. Ale możesz nas zawieźć tylko do miasta.
– Jedźmy do mnie – zaproponował mężczyzna. – Nie mieszkam daleko stąd. Kiedy przestanie padać, zabiorę was do domu.
– Mamo, jedźmy i zwiedzajmy! – ucieszył się Dima.
– Co się z tobą dzieje? To nie jest wygodne… – powiedziała Swietłana.
– Chodźmy, chodźmy! Rzadko ktoś mnie odwiedza.
Konstantin miał trzypokojowe mieszkanie po euroremoncie.
– A ja nie mam nawet ubrań dla ciebie! – powiedział zrozpaczony gospodarz. – Włączę grzejnik. To najnowocześniejszy, jaki mam. Siadaj na kanapie!
Włączył grzejnik, z którego natychmiast wydobył się ciepły zapach.
– Rozgrzej się! Zrobię herbatę!
Mężczyzna poszedł do kuchni, a Swietłana rozejrzała się. Na ścianie wisiały obrazy, na nich wojskowi, samochody – też wojskowe.
Wszedł właściciel:
– Chodźmy do kuchni!
Na stole oprócz herbaty stał wazon z drogimi słodyczami. Kiełbasa i ser w plasterkach. Z profesjonalnym spojrzeniem Swietłana zauważyła apteczkę stojącą na parapecie.
– Pomóżcie sobie!
– Konstanty Pawłowicz…
– Swietłana, używajmy imienia i „ty”!
– To trochę niezręczne.
– W porządku.
– Konstanty, jesteś wojskowym? – zapytała Swietłana, chcąc jakoś rozładować sytuację.
– Były wojskowy, – twarz mężczyzny zmarszczyła się.
– Przepraszam… przepraszam! – kobieta poczuła, że to drażliwy temat.
– Byłem w siłach zmotoryzowanych w Syrii, dowodziłem batalionem, – spojrzenie mężczyzny zamarło. – Samochód, którym podróżowaliśmy, wpadł na minę. Cudem przeżyłem, nawet lekarze byli zaskoczeni. Zszywali mnie kawałek po kawałku. Sześć miesięcy w szpitalu. Sześć miesięcy w ośrodku rehabilitacyjnym. Nauczyłem się znowu chodzić. Oczywiście zostałem wypisany. Dali mi rentę, niezłą.
Zamilkł, jakby wspomnienia były trudne do przywołania, po czym kontynuował:
– Wróciłem. Nudno było siedzieć bezczynnie. Kupiłem serwis samochodowy. Sprawy poszły w górę. Wcześniej nie miałem rodziny i teraz też nie będę jej miał – opuścił głowę. – Całe ciało jest oszpecone. Cieszę się, że moja twarz jest mniej więcej nienaruszona.
– A ty, ile masz lat?
– Czterdzieści dwa – uśmiechnął się. – Czy ja wyglądam staro?
– Wyglądasz dobrze!
– Swietłana, co u ciebie i Dimki?
– A co z nami? Nie mamy ojca. Żadnych krewnych. Skończyłam szkołę medyczną. Pracuję w aptece jako farmaceuta.
– Co, co? – Konstantin nie zrozumiał.
– Farmaceuta. To praktycznie to samo. Przygotowuję leki. Udzielam porad – uśmiechnęła się. – Dobra, Konstantin, deszcz się skończył. Powinniśmy już iść.
– Podwiozę cię.
Podskoczył gwałtownie i nagle… zaczął spadać.
Swietłana była zdezorientowana tylko przez kilka sekund. Spojrzała na jego źrenice, wyczuła puls. Domyśliła się przyczyny utraty przytomności.
Pobiegła do kuchni. Zawartość apteczki potwierdziła jej przypuszczenia.
Podbiegła do pacjenta. Znalazła jednorazową strzykawkę, lekarstwo i zrobiła mu zastrzyk. Pacjent natychmiast otworzył oczy.
– Chodź, pomogę ci położyć się na kanapie! – Wzięła go za rękę.
– Nie trzeba, sam to zrobię!
Z poczuciem winy usiadł na kanapie ze spuszczoną głową.
– Jak często ci się to zdarza? – Swietłana zaczęła zadawać pytania.
– Rzadko. Ostatni raz pół roku temu.
– Martwisz się?
– Tak – mężczyzna skinął głową.
– Gdzie jest dokumentacja medyczna?
– W sypialni na stoliku nocnym.
Swietłana podeszła i podniosła dość grubą książkę. Obok leżała inna apteczka, więc ją też zabrała. Gdy wróciła, rozkazała mężczyźnie:
– Połóż się na chwilę!
– Już po wszystkim.
– To siedź spokojnie! – Odwróciłem się do syna. – Dima, wszystko w porządku. Siadaj i jedz!
Swietłana zaczęła uważnie przeglądać kartę medyczną, zatrzymując się na niektórych stronach i uważnie przyglądając się wynikom analiz.
Następnie zaczęła uważnie przeglądać zawartość obu apteczek.
– Swietłana, już po wszystkim.
– Wychodzimy. Zanim pójdziesz spać, weź te dwie tabletki. – Nawet nie myśl o tym, żeby nas odprowadzić. Wrócę jutro rano około jedenastej.
– To takie niewygodne”, wstał z łóżka.
Następnego dnia, punktualnie o jedenastej, weszła do jego mieszkania.
– Witaj, Swietłana! – jego twarz rozjaśnił radosny uśmiech.
– Witaj, Konstantinie! To nie potrwa długo.
– Wejdź, wejdź!
Weszła do pokoju, położyła na stole zawartość torby, którą trzymała w ręku. Wyjęła zadrukowaną kartkę papieru:
– ‘Tu są lekarstwa i balsamy. Tu jest napisane, kiedy i jak ich używać – spojrzała na mężczyznę. – Kostia, nie patrz na mnie tymi oczami. Wiem o tym bardzo dobrze.
– Dziękuję! – skinął głową.
– Tutaj – przewróciła kartkę. – Tu jest napisane, co powinieneś jeść i pić częściej, a czego w żadnym wypadku nie powinieneś używać.
– Dziękuję! – Ponownie skinął głową. – Chodźmy napić się herbaty!
– Kostia, zostawiłam syna u sąsiadki. Przepraszam, nie mogę! – i wyszła na korytarz.
– Czekaj!
Pobiegł do szafki. Następnie podszedł do kobiety i wyciągnął pieniądze:
– Bierz!
– Kostia, dlaczego?
– Bierz, bierz! Gdzie mogę je schować? Ja też nie mam żadnych krewnych.
– Dziękuję!
– Swietłana, mogę zadzwonić? Wciąż mam twój numer telefonu.
– Jasne, zadzwoń! Postaram się wyleczyć cię do końca.
Zadzwonił w piątek wieczorem.
– Cześć, Swietłana!
– Cześć, Kostia! Jak twoje zdrowie?
– Wszystko w porządku. Nie myśl, że nie wiem, dlaczego pływałem. Musiałem być podekscytowany. Nigdy nie odwiedzała mnie piękna kobieta.
– Dziękuję.
– To właśnie dzwonię! Chodźmy jutro do parku wodnego!
– Nie mamy w mieście parku wodnego, prawda?
– Jest jeden w centrum regionalnym.
– Więc…
– To półtorej godziny jazdy samochodem. Przyjadę po ciebie jutro rano o ósmej.
Położyłem telefon na stole. Na jej twarzy zagościł radosny uśmiech.
– Mamo…, – syn spojrzał jej w twarz.
– Dima, chcesz iść do parku wodnego?
– Tak! – oczy dziecka rozbłysły.
– Jutro odbierze nas wujek Kostia i pojedziemy do parku wodnego.
Weekendowe wycieczki do wszelkiego rodzaju parków i przyrody stały się regularne.
Mężczyznę i kobietę coraz bardziej ciągnęło do siebie. Ale zdrowie i różnica wieku przez długi czas uniemożliwiały Konstantinowi zrobienie decydującego kroku.
I tak…
W kolejny piątek Konstantin odebrał Swietłanę z pracy.
– Jedźmy po Dimkę do przedszkola – powiedział, wsadzając kobietę do samochodu.
– Kostia, co ty sobie myślisz?
– Jedźmy dziś do mnie – przerwał – z noclegiem.
– I co z tego? – Twarz Swietłany rozjaśnił radosny uśmiech.
– Nie pytaj mnie o nic więcej!
– W porządku!
Cały wieczór bawił się z Dimką. W końcu położyli go spać.
– Swietłana, nie przerywaj! – Konstantin rozpoczął rozmowę. – Pamiętasz, jak znalazłeś torebkę i mi ją oddałeś.
– Zawsze potem o tobie myślałem. I wtedy, kiedy staliście z Dimką na przystanku autobusowym w deszczu.
Zamilkł, a serce Swietłany z jakiegoś powodu zaczęło bić szybciej.
– Oczywiście, nie jestem już stary i cały poraniony, ale mam się coraz lepiej…
Znów milczał. I nagle powiedział stanowczo:
– Swietłana, kocham cię! Wyjdź za mnie! Dimka będzie naszym synem.
Nastąpił pocałunek, który trwał całą noc.
PORTMONEE.