Vera usiadła w fotelu i udawała, że czyta książkę. W rzeczywistości wcale nie czytała. Vera była nadąsana. Dąsała się na swojego męża, Siergieja, który leżał na kanapie i oglądał wiadomości w telewizji. Zazwyczaj oglądał tylko wiadomości w telewizji. Nie było czasu na więcej: jej mąż dużo pracował. Przez całe życie małżeńskie.
Najpierw ciężko pracował, aby wyżywić żonę i dwóch synów. A teraz, kiedy chłopcy dorośli i stanęli na własnych nogach, nadal pracował tak dużo, albo z bezwładności, albo dlatego, że lubił żyć pod ciągłą presją czasu.
Ale Verze się to nie podobało… Dyskretnie zerknęła na męża. Tak, jej mąż jest oczywiście dobry… Troskliwy, gospodarny… I wygląda bardzo młodo w wieku czterdziestu siedmiu lat: szczupły, zgrabny, o szerokich ramionach… I nawet kiedy leży na tej sofie, zarzucając ręce za głowę, w T-shircie i starych spodniach dresowych, można go podziwiać. Ale nigdy nie ma wystarczająco dużo czasu.
Wczoraj został do późna – poproszono go o naprawę komputera, który, jak powiedział, był „całkowicie martwy”. A on, oczywiście, nie odmówił. Naprawił go. Ma złote ręce. I nawet przyniósł swojej żonie prezent na rocznicę ślubu za dodatkowe pieniądze, które zarobił. Ale jaki jest sens prezentu?! Dwadzieścia pięć lat małżeństwa – ćwierć wieku… A Vera zamiast prezentu chciała spędzić cały wieczór z mężem. To dopiero byłby prezent! Wspólna kolacja z synami, którzy przyjechali w odwiedziny, spokojna rozmowa, pokrewieństwo dusz… To jest radość!
I tak wszystko okazało się pogniecione, w biegu. Siergiej przyszedł późno, kiedy ciasto było już zimne, a chłopcy już wiercili się na krzesłach, zmęczeni czekaniem na ojca i rodzinnymi wakacjami. Vera wczoraj milczała, ale dziś, w niedzielę, powiedziała wszystko, co zgromadziła: o życiu w biegu, o tym, że nie można zarobić wszystkich pieniędzy i o tym, że pracujemy, aby żyć, a nie żyć, aby pracować.
Siergiej nie kłócił się, żartował, rozśmieszał żonę, a przez to jeszcze bardziej ją rozzłościł, a Vera wyzywająco zamknęła się i milczała przez pół dnia. Teraz siedziała w fotelu z książką w rękach i dąsała się.
Vera zerknęła na męża znad książki, po czym westchnęła cicho, wstała i poszła do łazienki. Zwykle kąpiel zajmowała jej około czterdziestu minut: najpierw spieniła się i długo moczyła w pachnącej wodzie, potem spokojnie się umyła, a na koniec wzięła chłodny prysznic.
Czterdzieści minut w łazience płynęło spokojnie. Vera leżała i myślała, jak pogodzić się z mężem. W końcu jest bardzo dobry… Wczoraj przyniósł prezent – ulubione perfumy, chociaż są bardzo drogie… I na czas: ukochany flakonik zdążył się skończyć. I zauważył, mimo że zawsze się spieszy.
Tak, ma dobrego męża. Powinniśmy się pogodzić. Ona, Vera, często robi wszystko w biegu… I często nie ma czasu na słowa czułości… Beszta męża, zrzędzi, a nawet krzyczy… jak ten poranek….
Okej, teraz wyjdzie z wanny z kroplą ulubionych perfum na mokrych włosach i pójdzie do męża, żeby się pogodzić. A on obejmie ją czule, przyciśnie do siebie i powie: „Moje dziecko”. I to będzie bardzo przyjemne: wiedzieć, że jest mężczyzna, który kocha i nazywa dziecko, pomimo lat i dodatkowych kilogramów, i tej, niedawno pojawiającej się zmarszczki na czole. A ona będzie chować nos w jego ramieniu, tak drogim i ciepłym, tak szerokim i niezawodnym, i będzie im tak dobrze razem….
Vera wyszła z łazienki i stała się czujna. Z pokoju dochodził jakiś świszczący dźwięk – czy to telewizor? W pokoju panował półmrok w środku dnia, a po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz.
Vera powoli weszła do pokoju i z przerażeniem zobaczyła bladą twarz męża, zamknięte oczy i sine usta. Rzucając ręcznik, obiegła pokój. Wybiegła na podest, zaczęła dzwonić do wszystkich drzwi, pospiesznie wróciła i zaczęła wykręcać tarczę telefonu swoimi niesfornymi dłońmi.
Karetka przyjechała dziesięć minut później. Jej sąsiad Wiktor robił mężowi sztuczne oddychanie, sąsiadka Zoja tuliła Wierę, która konwulsyjnie szlochała. Lekarze zajmowali się leżącym Siergiejem, ale ich zmartwienia szybko się skończyły. Jeden z lekarzy, ponury, czarnowłosy, podszedł do kobiet i powiedział:
– Już za późno.
– Co – późno?! – krzyknęła Vera.
– Za późno… Za późno. Czterdzieści minut wcześniej… Gdzie byłaś, kiedy zaczął się atak serca?! A teraz – no cóż… Dzwoń po trupiarnię, a my musimy jechać, mamy telefony, pracę…
Vera nie pamiętała, co było dalej. Siedziała na podłodze obok sofy i trzymała męża za rękę. Ręka była jeszcze ciepła i wydawało jej się, że to był straszny sen, że Siergiej po prostu spał. Vera powiedziała:
– Siergiej… Jak ja sobie teraz bez ciebie poradzę, co? Nie możesz zostawić mnie samej, nie możesz! Rozumiesz?! Nie możesz tego zrobić! Nie mogę tego zrobić bez ciebie! Nie chcę!
Vera milczała i myślała, że teraz nikt nie będzie nazywał jej „dzieckiem”. Nikt nie byłby zadowolony z chłopców, którzy przyszli ją odwiedzić. A gdyby chcieli się pobrać, jej mąż nigdy by się o tym nie dowiedział. I nie będzie siedział obok niej na weselu, nie będzie ściskał jej ręki, gdy młodzi krzyczeli „gorzko!” A jeśli będą mieli wnuki, jej mąż nie będzie mógł cieszyć się razem z nią z ich uśmiechu, agukaniyu i pierwszego słowa. I nie będzie szedł aleją ze swoim wnukiem, podrzucając go w powietrzu. To wszystko?! Całe jej życie?! I do kogo teraz oprze głowę na ramieniu?! Że już nie będzie miała tego ciepłego, szerokiego, serdecznego ramienia w swoim życiu?! Nigdy więcej?
Było tyle rzeczy, których nie zrobiła, tyle rzeczy, których nie zrobiła. Nie miała czasu, by się z nim pogodzić. Nie miała czasu powiedzieć mu, że wcale nie jest zła. Że go kocha, swojego drogiego i ukochanego męża. Nie miała czasu…
Vera uklękła przed sofą i błagała przez łzy i ból:
– Panie, oddaj mi go, proszę! Proszę, Boże, oddaj mi go! Tak bardzo Cię błagam! Proszę! Tak bardzo Cię błagam! Zmiłuj się, miłosierny Panie! Oddaj mi mojego męża! Tak często go beształam i zrzędziłam, ale Ty wiesz, że go kochałam. Zawsze dbałam o to, by się nie przeziębił, by ciepło się ubierał. Czysta koszula. Boże, co ja mówię?! Chciałam tylko powiedzieć, że nie mam na nic czasu… I że go kocham.
Vera płakała przez długi czas, aż zasnęła na kanapie.
Otworzyła oczy na ostry dźwięk. W telewizji leciał program informacyjny pokazujący jakąś katastrofę. Vera podskoczyła z fotela, a jej mąż spojrzał na nią ze zdziwieniem. Książka spadła mu z kolan, a Vera zamarła w fotelu, patrząc na nią ze zdumieniem. Vera potrząsnęła głową, odganiając resztki snu, po czym poszła do łazienki. Czterdzieści minut w łazience było przyjemnym doświadczeniem.
Vera weszła powoli do łazienki, odkręciła wodę, stała przez chwilę niezdecydowana, a potem powoli wróciła. Z jakiegoś powodu szła ostrożnie, wstrzymując oddech. Poczuła ulgę, gdy zobaczyła w pokoju jasne światło słoneczne zamiast półmroku z jej snu.
Podeszła do sofy i uklękła obok męża. Potarła nosem o jego nos. Siergiej uśmiechnął się. Próbował usiąść i przytulić Verę, ale jakoś słabo jęknął. Przygryzł wargę, żeby nie jęknąć i nie przestraszyć żony.
Vera szybko podniosła się na nogi. Chciała krzyczeć z przerażenia, ale zamiast tego zrobiła wszystko szybko i wyraźnie: lądowanie, rozpaczliwe telefony, sąsiedzi Zoja i Wiktor. Błyskawica rzuciła się z powrotem do telefonu. Karetka przyjechała dziesięć minut później.
Lekarze zajęli się leżącym Siergiejem, ale ich zmartwienia szybko się skończyły. Jeden z lekarzy, ponury, czarnowłosy, podszedł do kobiet i powiedział:
– „No, to koniec, atak się skończył”.
Nagle uśmiechnął się i przestał być ponury:
– Zadzwoniłaś do nas w samą porę! Umów się na spotkanie z dzielnicowym w poniedziałek….
Kiedy karetka odjechała, a sąsiedzi wyszli, Vera usiadła na kanapie obok męża. Napięcie nerwowe nie ustępowało, a ona drżała. Potem wzięła męża za rękę, przycisnęła ją do ust i zaszlochała. A on objął żonę czule i powiedział:
Chodź, maleńka, już dobrze.
A ona wtuliła nos w jego ramię, tak drogie i ciepłe, tak szerokie i bezpieczne.