JAK POBRALIŚMY SIĘ Z MAMĄ I TATĄ
Drugiego września na początku lat 80. w drzwiach trzeciej klasy „B” stanął mały chłopiec, z trudem trzymając w rękach ogromną teczkę z kółkami olimpijskimi.
„Super!” – pomyślał Petka Krasin, patrząc na teczkę z podziwem – „ale ten dzieciak to mięczak. Musi być chłopcem z miasta”.
Umieścili przybysza, co za pech, w pokoju Petki. Uśmiechnął się niemiło: „Wczoraj przeżyła tylko Sanka, zobaczymy, jak długo zostanie ten”.
Lyonya, jak nauczyciel nazywał nowoprzybyłą, wyciągnęła schludne zeszyty, długopis, ołówek i małą białą gumkę. Petka nie mógł się oprzeć i wziął gumkę, była bardzo miękka w dotyku.
– Weź, jeśli ci się podoba, mam więcej – szepnęła Lyonya – brat mojej kuzynki wyjeżdża za granicę, przywiózł całą paczkę.
-Aha – mruknął Petka, ale wziął gumkę.
Na przerwie Petka poszedł do toalety i wpadł na Kolkę Logova, wielkiego mężczyznę z piątej „A”. W zeszłym tygodniu grali razem w piłkę nożną poza wioską, więc piłka z nogi Petki na drodze wyleciała i uderzyła w samochód. Teraz Kolka chce od niego nową piłkę. Ale skąd weźmie tyle pieniędzy? I jak powie o tym ojcu? Obiecał, że będzie posłuszny ojcu i nie będzie go denerwował. Mimo że miał tylko pięć lat, dał swoje „męskie słowo”. Na wspomnienie o matce Petce znów zakręciło się w nosie, ale westchnął i spojrzał stanowczo w oczy Kolki:
-Sugerowałeś grę przy drodze, ostrzegaliśmy cię.
– Daj mi nową piłkę, ty mały jokerze, albo wrócisz do domu z podbitym okiem – Kolka złapał Petkę za kark i zaczął nim potrząsać.
Nagle skądś wyskoczył przybysz i nieustraszenie rzucił się na Logova. Złapał go za ramię i wykręcił je tak zręcznie, że Kolka aż krzyknął,
– Puszczaj, bachorze! To boli!
– Powiedz przy wszystkich, że nie będziesz dotykał mojego przyjaciela! – zażądała Lenka.
Kolka próbował szarpnąć i uwolnić rękę, ale bolało jeszcze bardziej, po czym kiwnął szybko głową.
– Nauczycielka zebrała wszystkich, chodźmy, czekają na nas – powiedziała spokojnie Lenka do Pety i razem weszli do klasy.
Dziękuję – mruknął zawstydzony Petyka – możesz mnie uczyć?
Ich przyjaźń okazała się silna. I pożyteczna. Razem uprawiali sport, bo nie było tu sekcji judo, jak w szkole miejskiej, razem odrabiali lekcje, co bardzo przydało się Petce w nauce.
Petka mieszkał z ojcem, pracował w PGR na Kirowcu, na wielkim traktorze, często bez dnia wolnego. Matka Lenki pracowała jako sanitariuszka w rejonowym pogotowiu ratunkowym, często zastępując innych i rzadko bywała w domu. Jego ojciec, podobnie jak mama, był lekarzem i zginął rok temu w Afganistanie. Mama nie mogła mieszkać w ich mieszkaniu w mieście i przeprowadzili się do tej małej wioski do domu jej babci.
Dom był duży i jasny, w pobliżu wioski znajdował się las brzozowy i dębowy, w pobliżu płynęła mała czysta rzeka, w której latem można było pływać, ogólnie Lenka lubiła to miejsce, a po spotkaniu Petki był po prostu szczęśliwy. Przyjaciele często przychodzili do swoich domów, ale ich rodzice się nie znali. Chociaż ich przyjaźń była wspierana w każdy możliwy sposób i traktowali przyjaciela swojego syna bardzo serdecznie.
– Chciałbym, żebyśmy mogli poślubić naszych rodziców – powiedział kiedyś Petka.
Lenya spojrzała na przyjaciela ze zdziwieniem i nagle wykrzyknęła z podziwem:
– Petka, jesteś geniuszem! Ale jak to zrobić? Oni nawet się nie znają. Potrzebujemy planu…
Przez cały tydzień chłopaki zastanawiali się, jak przedstawić swoich rodziców, nawet kontrole były źle napisane, ale coś wymyślili.
W niedzielę rano Lenya obudziła się, wyjrzała przez okno w jesiennym słońcu i uśmiechnęła się. Nadszedł czas. Szybko umył twarz, ubrał się i poszedł do kuchni, gdzie jego mama smażyła naleśniki. Naleśniki pachniały tak pysznie, że Lenka nie mógł się powstrzymać przed wepchnięciem jednego prawie w całości do ust. Mama zaśmiała się i potrząsnęła głową.
-Aha – mamrotała Lenka, przełknęła naleśnika i kontynuowała – Tatę Pietii bardzo bolą plecy, a ty mówiłaś cioci Lenie, że mamy dobrą maść, może powinniśmy dać ją wujkowi Miszy?
– Dlaczego nie pomożesz dobremu człowiekowi, weź to, zanieś mu.
-Nie, mamo, to lekarstwo, muszę ci powiedzieć, jak go używać. Weź to sama, on bardzo cierpi.
-Dobrze, dobrze – mama zawahała się – chodźmy i zanieśmy mu to.
Lenka, szczęśliwa, że wszystko poszło tak łatwo, szybko się przygotowała i poszli do domu Petki.
Petka nie miał psa, więc podeszli do drzwi i Lenya zapukał, ale zanim zdążył wyjąć rękę, drzwi się otworzyły i Michaił wyskoczył, zapinając kurtkę roboczą. Wpadł na matkę Lenyi, prawie spychając ją z ganku, i ledwo udało mu się uchronić ją przed upadkiem.
– Jesteś tutaj? – zdziwił się i zobaczył Lenkę – Cześć, stary!
-Jestem Svetlana, mama Lyonechki, potrzebowałeś maści na plecy, więc ją przynieśliśmy – młoda kobieta była zdezorientowana.
– Tak! Dziękuję, oczywiście, ale muszę biec, brygadzista mnie woła – Michaił podbiegł do bramy i odwrócił się: – Bardzo miło cię poznać!
W ten weekend Michaił musiał dużo pracować, ale Swieta nie wychodziła mu z głowy. Jej zapach i uczucie czegoś rodzimego, kiedy trzymał ją za ramiona, mała gęsia skórka poruszała się w jego klatce piersiowej i nie dawała spokoju. Swietłana też, choć czuła się śmiesznie, uśmiechała się do czegoś, pracując w domu.
W następny weekend chłopcy przeszli do planu „B”. Petka rano przyszedł do ojca i stanowczym głosem powiedział:
-“Tato, musisz pomagać słabszym, prawda? Ciocia Sveta, mama Lenki, płakała wczoraj, że mają dziurę w dachu, pada deszcz, więc spali z umywalkami w rękach. Chodźmy pomóc, dobrze?
Michaił zastanawiał się przez chwilę, ale trzeba było pokazać synowi dobry przykład, pomagać innym, a w głębi serca szukał powodu, by zobaczyć się ze Swietłaną. Wziął narzędzie, syna za rękę i poszedł walczyć z dachem.
Kiedy dotarli na miejsce, pod bramą Lenki stała karetka. Petka i jego ojciec weszli jeszcze na podwórko i chcieli zapukać do drzwi, ale Swietłana wybiegła z nich i znów złapała Michaiła za rękę.
– To może wejść w nawyk – mruknęła do siebie, ale Michaił ją usłyszał i uśmiechnął się:
– Mówią, że masz nieszczelny dach. To znaczy, ten dach – dodał pospiesznie, widząc jej podkrążone i skierowane w górę oczy – mogę naprawić.
Swietłana zamarła na sekundę, po czym machnęła ręką,
-Dziękuję, ale muszę już iść, pilnie wzywają mnie na zastępstwo – szybko wsiadła do samochodu i odjechała.
Lenya wyszła z domu, przywitała się z wujkiem Miszą i szepnęła do Pietii:
-Przejdźmy do planu „B”.
Plan „B” wymyślili na wszelki wypadek. Chłopcy znaleźli starą płytką studnię na skraju wioski i wieczorem, kiedy ich rodzice na pewno byli w domu, weszli do niej i namówili swoich kolegów z klasy, Sankę i Goshę, aby pobiegli do ich domu i powiedzieli, że spadli i nie mogą się wydostać. Aby czekanie na przerażonych rodziców nie było takie nudne, Lenya i Petka przyniosły ze sobą ciastka i termos herbaty. Ale Sanka i Gosha w drodze do wioski spotkali Kolkę Logova z nową piłką, postanowili przez chwilę pograć w piłkę nożną i szybko zapomnieli o swoich „kłopotliwych” towarzyszach.
Swietłana upiekła swoją „specjalność” – ciasto z jabłkami. Lenoczka prosiła o nie przez cały ranek, a on robił pełne uwielbienia oczy i pamiętał tyle czułych słów, że nie sposób było odmówić. Ale ciasto było już gotowe, na dworze robiło się ciemno, a syna wciąż nie było. Swietłana zaczęła się martwić. Wyszła na zewnątrz, stanęła przy bramie i nie mogąc tego znieść, pobiegła do Krasinów. Michaił stał niedaleko bramy, palił nerwowo papierosa i rozglądał się dookoła. Widząc Swietłanę, westchnął twierdząco:
– Twojej już nie ma. Rozumiem, bez paniki! Petka się tu wychował, zna wszystkie zakamarki. Znajdziemy go – Michaił wziął Swietłanę za rękę i pociągnął gdzieś. Nie zdążyła nawet nic powiedzieć, ale poczuła się tak spokojna, że jej niepokój ustąpił, już wiedziała, że ich chłopcy się znajdą, że nic złego się nie stanie, Michaił na to nie pozwoli.
Dom Goshy był trzecim miejscem, do którego udali się w poszukiwaniu dzieci. Gosha spokojnie rysował w swoim pokoju, kiedy weszła jego zmartwiona matka i zapytała o Pietię i Lenię. Gosha nawet się spocił ze strachu, jak mógł zapomnieć! Zaczął opowiadać szybko i niezrozumiale, nikt nic nie zrozumiał, a potem wszyscy wybiegli za nim na zewnątrz. Kiedy dotarli do studni, było już ciemno i jakoś złowieszczo cicho. Michaił trzęsącą się ręką zaświecił latarnią do studni i wszyscy zobaczyli chłopców leżących na dnie. Spali spokojnie i cicho, wtuleni w siebie.
Na zewnątrz padał drobny jesienny deszcz, ale w małej kuchni z zielonymi zasłonami było ciepło i przytulnie. Mężczyzna i kobieta siedzieli obok siebie na sofie i patrzyli z miłością na dwóch chłopców jedzących szarlotkę.
Założę się, że będziemy mieli siostrzyczkę – szepnęła Lenya.
– Nie, mały – odpowiedział stanowczo Petka.