– Spójrz, znowu przyszła – powiedziała dwudziestoletnia dziewczyna w uniformie sklepowym do swojej koleżanki. Teraz obie patrzyły na kobietę w średnim wieku, stojącą przed witryną od strony ulicy.
– No co tak się na nią gapicie? No, patrzy. I co z tego? – zapytał dziewczyny chłopak w takim samym uniformie.
– Anton, ona przychodzi co miesiąc! Stoi, patrzy. I odchodzi. Nigdy nawet nie weszła do środka! – oburzyła się jedna.
– Tak! Każdego dwudziestego piątego. Nie trzeba nawet zaglądać do kalendarza – powtórzyła druga.
– Co wam ona robi? Przeszkadza? Lepiej zajmijcie się swoimi obowiązkami – Anton skinął głową w stronę magazynu, gdzie piętrzyły się pudła z dostarczonym towarem.
– Słuchamy, Anton… Jak masz na imię?
– Palycz, jak Czechow.
– A kto to jest?
– Zabierzcie się do pracy.
Dziewczyny spojrzały po sobie i, niezadowolone, zaczęły rozkładać nową partię butów i sandałów.
Anton rzucił okiem na ulicę – kobieta stała w miejscu, jakby zamarła.
Po raz pierwszy pojawiła się na otwarciu sklepu „Szpilka”. Było bardzo mało ludzi. Miejsce niekorzystne: za łukiem w podwórzu.
Kobieta w czerwonym berecie i zielonej dzianinowej bluzce od razu rzuciła się w oczy Antonowi – było w niej coś wzruszającego. Od tego dnia kobieta raz w miesiącu pojawiała się przed witryną sklepu, stała przez chwilę i odchodziła. Lato zmieniło się w jesień, a jesień w zimę. Teraz już zbliża się wiosna. Zmieniała się pogoda. Zmieniały się kolekcje butów w sklepie. Zmieniali się pracownicy… Ale dwudziestego piątego dnia każdego miesiąca kobieta niezmiennie pojawiała się przed sklepem.
Teraz stała, trzymając w jednej ręce małą, wytartą torebkę, a drugą ściskając kołnierz starego płaszcza. Spóźnione płatki śniegu wirowały nad jej głową i topniały, ledwo dotykając twarzy i rąk.
Anton zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi:
– Czy mogę w czymś pomóc?
Kobieta wzdrygnęła się i obejrzała za siebie.
– To ja pani pytam. Stoi pani tu od dawna i zmarzła.
– Nie, nie! Co pan! – kobieta uśmiechnęła się zakłopotana. – Ja tu tylko… podziwiam.
– Proszę wejść do sklepu, tam będzie wygodniej podziwiać. Przy okazji się pani ogrzeje.
– Ale ja i stąd widzę.
Anton podszedł do kobiety:
– Co panią tak zainteresowało?
– Te… buty – zakłopotanie zdradzało jej drżenie głosu.
– Chyba domyślam się. Te czerwone, na środku witryny.
– Jak pan to zgadł?
– To bardzo proste: stoją tam od momentu otwarcia sklepu. A dokładniej, ten model stoi tam jako wizytówka sklepu. Kiedy ktoś je kupi, stawia się nowe.
– A kupują dużo?
– Nie bardzo… Chodźmy do sklepu, pokażę ci je z bliska. Poza tym zmarzłem.
Dziewczyny w milczeniu obserwowały, jak Anton przeprowadził kobietę na środek sklepu i posadził na ławce.
– Jaki ma pani rozmiar? – zapytał. – Siódemkę czy trochę większy?
– Trzydziesty siódmy.
– Chwileczkę – i Anton skierował się do magazynu.
– Oszalałeś? – szepnęły pracownice. – Po co tej dziwce takie buty?
Anton w milczeniu wziął pudełko i wrócił do klientki.
– Proszę przymierzyć.
– Nie, nie! Nie mogę tego kupić!
– A przymierzyć może pani? – Anton uklęknął na jedno kolano, otworzył pudełko i wyjął jedwabną szpilkę na cienkim obcasie.
Kilka minut później buty znalazły się na stopach kobiety.
– Proszę przejść się, poczuć je – Anton podtrzymał kobietę za łokieć.
A ona poszła. Najpierw chwiejnie i balansując. Potem z każdym krokiem nabierając pewności siebie. I już ani stary płaszcz, ani wytarta torebka nie psuły chodu damy z towarzystwa…
– Doskonale się porusza pani! Obcasy są dla pani stworzone! – Anton był szczerze zaskoczony.
– Tak, kiedyś wszystkie moje buty miały wysokie obcasy. A potem… Potem coś sprzedałam, coś oddałam… Teraz je zobaczyłam i tak bardzo zapragnęłam! Przecież każda kobieta powinna mieć przynajmniej jedną parę takich!
– Ale przecież patrzy pani na nie już od pół roku – dobiegł głos z magazynu. – Kupiłaby pani dawno temu i miałaby pani szczęście.
Kobieta spojrzała na dziewczynę i wzruszyła ramionami:
– Tak, chciałam. Ale odłożyłam do wypłaty. Mam ją dwudziestego piątego każdego miesiąca. Przyszłam, a wy podnieśliście ceny. Odłożyłam do następnej wypłaty. A ceny znowu wzrosły. A potem znowu i znowu… I tak do dzisiaj…
– Dzisiaj pani ma wielkie szczęście! – wykrzyknął nagle Anton. – Gratuluję! Jest pani dziesięciotysięczną klientką naszego sklepu! Dlatego może pani wybrać dowolną parę butów.
Kobieta znów usiadła. Dziewczyny, oniemiałe, machały rękami do Antona, a on kontynuował:
– Jeśli te buty pani odpowiadają, z przyjemnością je zapakuję.
– Tak, oczywiście, że odpowiadają… Ale ja nigdy nie miałam szczęścia, nigdy nic nie wygrałam.
– To znaczy, że dzisiaj zaczyna się pani szczęśliwa passa.
Anton zręcznie zapakował buty do pudełka, a pudełko do firmowej torby.
Już na progu sklepu kobieta odwróciła się do niego:
– Jak się pan nazywa, czarodzieju?
– Anton… Anton Pawłowicz.
– Jak Czechow – uśmiechnęła się kobieta. – Dziękuję.
Drzwi zatrzasnęły się.
– Anton! Oszalałeś! – dziewczyny w mundurkach wyskoczyły z magazynu. – Co teraz zrobisz?
– Zapłacę za prezent.
– Ale po co?
– Moja mama marzyła o takich butach. O takich. Odkładała ich zakup, bo najpierw musiała wychować mnie i brata, potem nas wyszkolić…
– A potem?
– Potem kupiliśmy jej buty z bratem, ale ona nie miała gdzie ich nosić. Tak po prostu stoją. Każda kobieta powinna mieć takie buty. A jeszcze lepiej, gdy może i chce je nosić.