Może oddajmy go do domu dziecka…

Mężczyzna stał w izbie przyjęć szpitala położniczego, pochylając ramiona. W rękach nie trzymał kwiatów, jak to zwykle bywa, gdy witają matki z dziećmi. Popękane i pogryzione wargi były mocno zaciśnięte. Tak nie wyobrażał sobie spotkania z długo wyczekiwanym dziedzicem. Och, wcale nie tak!

Tak długo marzył o synu, o chłopaku. A oto pielęgniarka przynosi mu pakunek, przewiązany niebieską wstążką, i, nie patrząc w oczy, ostrożnie przekazuje w ręce. Sama czuje się niezręcznie. Zwykle, gdy przekazuje dziecko, gratuluje szczęśliwym ojcom, ale w tej sytuacji słowa gratulacji zabrzmiałyby jak bluźnierstwo. Pielęgniarka milczy. Chciałaby, żeby mężczyzna jak najszybciej wyszedł, zabierając dziecko. A Ignat nie spieszy się. Przytulił do siebie chłopca, a w kąciku oka błysnęła łza. Rozgląda się dookoła, jakby nie wierząc, że oto pojawi się matka jego syna.

Tylko ona się nie pojawi. Wiedzą o tym i młoda pielęgniarka, i sam Ignat. Już wyjaśniono mu komplikacje przy porodzie, jak serce Maszy stanęło, o bezskutecznych próbach jej ratowania.

Za to wasz syn urodził się zdrowy. Silny, zdrowy chłopak, — powiedzieli Ignatowi, jakby to miało go pocieszyć.

Ignat przycisnął mocno do siebie maleństwo owinięte w flanelowy kocyk, przewiązany niebieską wstążką. Maluch się poruszył, zaczynając miauczeć. Mężczyzna ocknął się. Trzeba wychodzić. Biedna pielęgniarka nie wie już, gdzie ma spojrzeć, jak jej niezręcznie. Ona przecież nie jest winna. A kto jest winny? On sam! To on nalegał na narodziny trzeciego dziecka. Masza nie chciała. Była zmęczona. Zmęczona byciem samotną.

Ignat pracował jako kierowca ciężarówki i miał dobrze płatne kursy, ponieważ był ceniony. Żyli z żoną dobrze, w dostatku. Dwie córki dorastały. A Masza narzekała, że jest sama. Ignat kupił dobry, drogi samochód. Masza znów była niezadowolona. Mówiła, że nie potrzebuje samochodu, tylko męża.

Kiedy zaszła w ciążę z trzecim dzieckiem, chciała przerwać ciążę. Ignat zabronił. Zabronił, bo bardzo chciał mieć syna. Oto jest, syn, w jego rękach. A co teraz z nim zrobić bez Maszy? Pracę będzie musiał zmienić, to jasne. Z trojgiem dzieci w trasę nie pojedzie. Ostatecznie Masza dostała to, czego chciała. Osiągnęła to swoją śmiercią.

Ignatowi chciało się wyć. Zawołać, rozpłakać się, ale trzymał się. W rękach miał niemowlę, a jeszcze trzeba było przygotować się do pogrzebu. Maszę trzeba było pochować z godnością, więc nie można było pozwolić emocjom wziąć góry.

W domu czekała na Ignata Marina — przyjaciółka zmarłej żony. Kiedyś Ignat nie był dla niej zbyt miły. Marina go irytowała. Ciągle kręciła się wokół ich domu, bo nie miała swojej rodziny. Ignat wytykał Maszy i prosił, żeby przynajmniej w jego obecności Marina nie przebywała w domu. Dopiero teraz Ignat zrozumiał, jak niesprawiedliwie traktował pulchną przyjaciółkę żony. To ona była pierwsza, która przybiegła, kiedy dowiedziała się o smutnej wiadomości. Podczas gdy Ignat był w szoku i nie mógł pojąć, co się stało, ona wzięła na siebie troskę o jego córki. Dziewczynki były jeszcze małe. Jedna miała siedem, druga pięć lat. A, szczerze mówiąc, Ignat, który ciągle był w trasie, nie wiedział, jak się nimi zająć.

Ignat dotarł do domu, a chłopiec zupełnie się rozpieszczył. Jego płacz przypominał miauczenie kociaka. Mężczyzna domyślał się, że maluch jest głodny. A co teraz zrobić? Czym go nakarmić? Ogłuszony wiadomością o śmierci żony, Ignat nie pomyślał o takich rzeczach. Ale pomyślała Marina. Kupiła już butelki i jedzenie dla dzieci. Od razu wzięła chłopca z rąk Ignata.

Ojej, jaki mały, płaczemy, płaczemy, — mówiła, otwierając kocyk. — Ojej, Ignat, zobacz, jaki on jasny. Nie jest podobny ani do ciebie, ani do Maszy. A co to na jego policzku? Brud?

Ignat patrzył na chłopca, którego rozwinęła Marina, podczas gdy próbowała zdrapać coś z jego białego policzka. Maluch był jasnoskóry, z bardzo jasnym meszkiem na głowie. Na Ignata na pewno nie wyglądał. Ignat był ciemny, czarnowłosy, a Masza również była ciemna. Marina tak intensywnie pocierała policzek dziecka, że mężczyzna się przestraszył.

Teraz mu dziurę w skórze zrobisz. To go boli. Daj, ja zobaczę. To wcale nie brud. To znamię.
Na sekundę w głowie Ignata pojawiło się podejrzenie, że dziecko zostało pomylone w szpitalu. Skąd u nich taki jasny maluszek, do tego z pieprzykiem na policzku? Myśl pojawiła się i zniknęła. Chłopiec głośno płakał i chciał jeść. Zajęła się tym Marina, a Ignatowi powiedziała:

Nie martw się o syna, ja się nim zajmę. Pewnie na jakiś czas przeprowadzę się do was. Teraz nie masz czasu na dzieci.

Ignat jakby się obudził, oderwał wzrok od chłopca, który żarłocznie ssał z butelki. Westchnął głęboko.

Tak, Marinko, bardzo ci dziękuję. Pojadę do zakładu pogrzebowego. I chyba od razu trzeba zamówić poczęstunek.

Tak, znam jedną stołówkę. Tam nie drogo.

Nie trzeba, — skrzywił się Ignat, — nie chcę oszczędzać na pogrzebie mojej Maszy.

Ale, Ignat, masz trójkę dzieci. Musisz je jeszcze wychować. Pieniądze będą potrzebne.

Mam pieniądze, — odparł Ignat szorstko. — Na wszystko wystarczy.

Ignat miał pieniądze. Nie bez powodu nie wychodził z tras. Zbudował solidny, duży dom, kupił samochód, a oszczędności też miał. Zawsze marzył, żeby kiedyś odejść z zawodu kierowcy, otworzyć własny warsztat samochodowy. I wtedy, myślał, będą żyć z Maszą i dziećmi!

Pogrzeb Maszy minął jak we mgle. Ignat działał na autopilocie, robił wszystko, co trzeba, i trzymał się, spinając serce żelaznym obręczem. Ciągle wydawało mu się, że jeśli trochę poluzuje tę niewidzialną obręcz, runie i już się nie podniesie, tonąc w swoim smutku.

Przyjechali krewni, składali kondolencje. Jedyna żyjąca siostra Ignata, Sonja, nie mogła przyjechać. Od kilku lat się nie widzieli. Pewnie mogła, w takim momencie odłożyć swoje sprawy. Ale Sonja mieszka w Moskwie, ma jakąś ważną posadę. Zamiast przyjechać, wysłała Ignatowi pieniądze i udzieliła instrukcji przez telefon.

Trzymaj się, bracie, trzymaj. Teraz masz dzieci. Tak bardzo chciałeś syna. No to wychowuj go. Przekaż im całe swoje ciepło. Może tak złagodzisz smutek po stracie.

Łatwo powiedzieć, wychowuj, kiedy Ignat nie wiedział, jak podejść do malucha, a z córkami jakby na nowo się poznawał. Co by zrobił, gdyby nie Marina?

Marina została w domu Ignata po pogrzebie. Ignat zaproponował jej płacenie za opiekunkę, a kobieta szybko zwolniła się z głównej pracy.

Aby nie zwariować, Ignat zajął się swoją dawną ideą — otwarciem warsztatu samochodowego. Miał już przy domu garaż dwupiętrowy, więc nie musiał daleko wyjeżdżać. Jednak wracając do domu, coraz częściej znajdował swojego syna mokrego, płaczącego w łóżeczku, a Marinę obojętną na jego łzy. Pewnego dnia Ignat wybuchł:

Marina, za co ci płacę? Dlaczego Egor znowu jest mokry i pewnie głodny? Co ty w ogóle robisz? Jeśli tak będzie, znajdę inną opiekunkę dla swoich dzieci.

Aha! — łzy pojawiły się w oczach Mariny. — To twoja wdzięczność, Ignat? Spójrz na swoje córki. Są jak lalki. Z nimi to przyjemność się bawić, bo są twoje. Nic nie widzisz, Ignat.

Marina powiedziała to i zamknęła usta pulchną dłonią. Jej mokre oczy zaczęły nerwowo biegać, a wyraz twarzy stał się taki, jakby powiedziała za dużo.
Ignat zamarł.

Może oddajmy go do domu dziecka…

Nie rozumiem, co znaczy „twoje córki”? A Egor według ciebie czyj?

Przepraszam, przepraszam, Ignat, — szeptała Marina. — O zmarłych trzeba mówić albo dobrze, albo wcale. Nigdy bym ci tego nie powiedziała, ale ty sam nie jesteś ślepy. Spójrz na Egora, na siebie, na swoje córki. Ciebie cały czas nie było w domu, a Masza była sama. Była kobietą, tęskniła.

Brudne ręce Ignata zacisnęły się w pięści, a on mimowolnie zrobił krok w stronę Mariny. Prawdopodobnie jego twarz była tak przerażająca, że kobieta się przestraszyła.

Ignat, nie kłamię ci. Mam nawet dowody. Zdjęcie w telefonie. Zaraz ci pokażę.
Marina wybiegła z pokoju, wróciła z telefonem w ręku. Szybko znalazła potrzebne zdjęcie. Przyłożyła ekran do twarzy Ignata. Mężczyzna miał zamglony wzrok. Nie chciał tego widzieć. Widzieć, jak jakiś obcy, jasnowłosy facet siedzi przy świątecznym stole i obejmuje Maszę ramieniem. Jego Maszę.

– Widzisz, Ignat, to jakiś facet w delegacji. Był w naszym mieście tylko przez kilka dni. To ja zrobiłam to zdjęcie Maszy z nim. Jest tu odwrócony bokiem. Nie widać, że na jego policzku jest znamię w kształcie kropelki. Dokładnie takie samo jak u Egora.

Marina mówiła, a telefon w jej dłoniach drżał. Ignat wyrwał jej urządzenie i roztrzaskał je, uderzając o kolano. Chciał wymazać to zdjęcie z ekranu, wymazać na zawsze, żeby już nigdy go nie widzieć. W tamtej chwili nie myślał racjonalnie. Wybiegł z domu, ale zamiast wrócić do garażu, poszedł do baru. Tak po prostu, w roboczym kombinezonie i z brudnymi rękami.

Ignat pił celowo – chciał, żeby alkohol zatarł mu w pamięci zdjęcie z telefonu Mariny. Zdjęcie da się zniszczyć, ale co z żywym przypomnieniem, które leży w łóżeczku w domu i wymaga ciągłej opieki? Co z Egorem? Do tej pory, patrząc na chłopca, Ignat czuł coś na kształt czułości. Jedna chwila odwróciła wszystko w jego duszy. Teraz nienawidził tego znamienia, tych jasnych włosów. Obce dziecko, obcy syn! Ach, Masza, Masza, jak mogłaś? Przecież wszystko robiłem tylko dla ciebie i dzieci.

Późną nocą Ignat wrócił do domu. Był kompletnie pijany i obijał się o wszystko po drodze. Marina nie spała. Podała mu ramię i pomogła dojść do sypialni. Ściągnęła mu buty i położyła się obok. Gładziła go po piersi i szeptała:

– Ignat, nie wszyscy są tacy jak Masza. Ja, na przykład, nigdy bym cię nie zdradziła.

Mężczyzna już niemal zasypiał, ale na słowa Mariny szarpnął się i gwałtownie przyciągnął ją do siebie.

Następnego ranka Ignat czuł się fatalnie. Za to Marina krzątała się jak motylek i już przenosiła swoje rzeczy do jego sypialni. Mężczyzna żałował tego, co się wydarzyło, i za nic w świecie nie chciał wracać do rozmowy o Egorze. Ale to Marina ją zaczęła:

– Ignat, rozumiem, że bardzo cię to boli, ale skoro już wszystko wiesz – co zamierzasz zrobić z Egorem?

– Nie rozumiem. Co znaczy: co zamierzam zrobić? Myślisz, że są jakieś opcje?

– Oczywiście, że są. On nie jest twoim synem, to całkiem obcy chłopiec. I zawsze będzie ci przypominał o zdradzie Maszy. Oddajmy go do domu dziecka.

Ponury, cierpiący na kaca Ignat otworzył lodówkę i wyciągnął słoik z kiszonymi ogórkami. Już prawie niósł go do stołu, by napić się zalewy, gdy usłyszał ostatnie słowa Mariny o domu dziecka. Słoik wypadł mu z rąk i rozbił się o podłogę, rozpryskując się na ostre kawałki szkła. W pokoju zapłakał Egor, jakby rozumiał, że waży się jego los. Ignat podszedł do Mariny, nadepnął na jednego z ogórków leżących na podłodze i powiedział lodowatym tonem:

– Słuchaj mnie uważnie. Powiem raz i nie będę powtarzał. Do tej rozmowy już nie wracamy. Nikt i nigdy nie ma się dowiedzieć, że Egor nie jest moim synem. Jest zapisany na mnie, więc ja go wychowam. A ty, jeśli chcesz być ze mną, masz milczeć i dbać o wszystkie dzieci tak samo. Zrozumiałaś mnie?

Marina gorliwie kiwnęła głową i zaczęła się krzątać. Wyciągnęła szmatę spod zlewu i zaczęła wycierać rozlaną ogórkową zalewę.

Kobieta pojęła lekcję i ponieważ bardzo chciała być z Ignatem, już nigdy więcej nie wspomniała o oddaniu Egora do domu dziecka. Przy Ignacie udawała i grała rolę troskliwej matki. Ale że mężczyzna często nie bywał w domu – wtedy dorastający Egor dostawał od macochy.

Z czasem sam Ignat zrozumiał, że łatwo jest coś powiedzieć, a o wiele trudniej to zrobić. Bardzo trudno było traktować Egora jak swoje córki. Mężczyzna się starał, ale wystarczyło jedno spojrzenie na chłopca, a serce ścinał mu lód. Mówił te same słowa do córek i do Egora. Tylko że w głosie skierowanym do dziewczynek była czułość, a Egor czuł tylko chłód.

Do pierwszej klasy Egora nikt nie odprowadził. Powinna to zrobić Marina, ale zaprowadziła chłopca tylko do bramy szkoły, wskazała, gdzie jego klasa ustawia się na apel, i popchnęła go w plecy.
Patrz, widzisz tamtą panią i dzieci. To twoja nauczycielka i twój klasa. Idź do nich i rób wszystko, co mówią. Do domu wrócisz potem sam, niedaleko. A ja mam sprawy do załatwienia.

Mama gdzieś pobiegła. Egor, przełykając kolejną przykrość i strasznie się wstydząc, podszedł do swojej pierwszej nauczycielki. Nie miał w rękach kwiatów, jak inne dzieci. Początek uroczystości, a za szeregiem chłopców i dziewczynek stali ich podekscytowani rodzice. Próbując robić zdjęcia, poprawiali kokardki i krawaty swoim dzieciom. Egor, nadymując wargi, stał sam. Po uroczystości dzieci zostały zaprowadzone do klasy. Nauczycielka przeprowadziła godzinną lekcję, zapoznała się ze wszystkimi i wypuściła ich do domu. Lekcje miały rozpocząć się 2 września. Rodzice zabrali swoje pierwszoklasistów do domów, a Egor wleczał się sam po korytarzu szkolnym.

Hej, białowłosy, — usłyszał głos spod schodów. — Co masz na policzku? Ptaki narobiły! Idź, umyj twarz!

Pod schodami roześmiali się starsi chłopcy. Egor wiedział, że oni wiedzą, że na jego policzku jest znamie, po prostu postanowili się z niego naśmiewać.

Sam idź i umyj! — starał się odpowiedzieć jak najostrzej chłopak.

Co powiedziałeś? — starszy kolega wyskoczył spod schodów i chwycił Egora za marynarkę.

Szarpnął ją na siebie i marynarka pękła. Starszego chłopca zatrzymała krzyk jednej z nauczycielek, która przechodziła obok. Egor wyślizgnął się z rąk chłopca, ale było za późno. Marynarka była podarta w dwóch miejscach.

Może oddajmy go do domu dziecka…

Chłopak wybiegł ze szkoły, ciężko oddychając. Mama miała rację. Drogę do domu znał. A iść tam wcale nie chciał. Mama znów się zdenerwuje, będzie nazywać go złymi słowami, może nawet uderzy. A tata milczy, patrząc na niego ciężkim wzrokiem. Mama nie jest jego prawdziwą mamą, zawsze to mówiła chłopakowi, ale tata, tata jest prawdziwy! Dziś jest pierwsze września, obiecał siostrom Egora, że po lekcjach zabierze je do kawiarni na lody. Egorowi tego nie obiecał, ale chłopak tak bardzo liczył na to… Teraz ta nadzieja nie miała się spełnić. Za nową, podartą marynarkę tata, oczywiście, go nigdzie nie zabierze.

Dlaczego tata bardziej kocha siostry niż jego? W czym Egor zawinił? To czuł się wszędzie. Dziewczyny zabiera na samochód, na wycieczki, a Egora zostawia w domu. Tata nawet uczy dziewczynki jeździć samochodem, a jego — chłopaka — nie dopuszcza do kierownicy. Ich może przytulić i pocałować, a Egora nie dotyka, tłumacząc to tym, że on chłopak i nie potrzebuje czułości. A Egor tak bardzo chciałby czasem przytulić się do taty i żeby pogłaskał go po głowie, jak siostrzyczki.

Siostry nie były najlepsze w nauce, a Egor obiecał sobie, że w szkole będzie miał same piątki. Może wtedy tata spojrzy na niego inaczej i nawet go pochwali. I oto pierwszy dzień w szkole i podarta marynarka! Egor przyzwyczaił się do uderzeń i przykrych słów macochy, ale tata… On też będzie niezadowolony.

Chłopak szedł chodnikiem, zgrzytając podeszwą nowych butów, z opuszczoną głową. Akurat przechodził obok przystanku autobusowego, na którym stał autobus z szeroko otwartymi drzwiami. Bez zastanowienia chłopak wpadł do środka. Wyjedzie. Wyjedzie daleko. Z dala od mamy i ciężkiego wzroku taty.

Egor usiadł przy oknie i patrzył na nieznane ulice. Ludzie wchodzili do autobusu, wysiadali, a Egor siedział tak, aż autobus, wykonując półokrąg, zatrzymał się na końcu trasy.

Chłopcze, — krzyknął kierowca, wychylając się zza przegrody, — to końcowa. Dokąd jechałeś?

Tutaj, — mruknął Egor, widząc, że w autobusie został już sam, wyskakując z otwartych drzwi.

Wyszedł na asfaltową plac, zrozumiał, że to obrzeża miasta, bo niedaleko, na odległość jednego bloku, zaczyna się las. Egor poszedł w stronę drzew.

„Zniknę, zniknę w lesie” — myślał z wściekłością. „Zniknę daleko, daleko i będę tam żyć. Zbuduję sobie szałas, będę żywić się jagodami. Nie jestem im potrzebny, niech zabierają dziewczynki do kawiarni. Niech je zabierają na samochód i głaskają po głowie, a ja będę żył sam.”

Igant wyprostował się spod maski obcego samochodu i wytrzepał brudne ręce w szmatkę.

No wszystko, kończcie beze mnie, — krzyknął do swoich pomocników. — Moje pewnie już wróciły ze szkoły. Obiecałem je zabrać do kawiarni.

Szerokim krokiem zmierzając do domu, mężczyzna myślał, że do kawiarni koniecznie powinien zabrać też Egora. Chłopak i tak zawsze chodzi jak „niedobry”. Cokolwiek by nie zrobił, chłopak czuje brak miłości, a on, jakby nie było, poszedł dziś do pierwszej klasy. W przedpokoju Iganta powitały elegancko ubrane, podekscytowane córki.

Tato, tato, a my pojedziemy do kawiarni samochodem? A potem pójdziemy na atrakcje?

Oczywiście, pójdziemy. Teraz tylko się umyję, — uśmiechnął się Ignat. — A Egor gdzie? Niech też się szykuje.

Za córkami stała Marina, która zaczęła się trząść.

A co, zabierzesz Egora? Nie mówiłeś o tym. Dobrze, pójdę go poszukać.
Co znaczy, że „poszukam”? Gdzie on jest?

Chodzi o to, że… – Marina odwróciła wzrok – Egor jeszcze nie wrócił ze szkoły.

Jak to nie wrócił? Przecież miałaś go odprowadzić i przyprowadzić z powrotem. Zostawiłaś go tam samego? To przecież jego pierwszy dzień!

Ojej, a co tam do tej szkoły dojść? Półtora kwartału. Ekor świetnie zna tę drogę. A po co miałam tam stać z nim na tej akademii? Poszłam do sklepu.

Dziś nie miał lekcji. Tylko akademia i wychowawcza godzina! – wrzasnął Ignat. – Powinien już być w domu. Gdzie jest Egor?!! Idź go szukać, dopóki ja się myję.

Dziewczynki nie doczekały się lodów tamtego dnia. Bo ani Marina, ani Ignat nie znaleźli Egora. Chłopak wyszedł ze szkoły, a potem „jak woda w piasek”. Wieczorem Ignat pobiegł na policję. Kiedy Egor nie wrócił, a on nie mógł znaleźć sobie miejsca od niepokoju, Ignat postanowił zgłosić to na policji.

Mężczyzna złościł się na Marinę. Złościł się na siebie, że nie potrafił traktować Egora tak, jak swoje córki. Był prawie pewny, że to właśnie to spowodowało zniknięcie chłopca. Powinien był odłożyć pracę i pójść z nim na pierwszego września, tak jak marzył Egor.

Ignat nie położył się spać. Razem z pracownikami z warsztatu samochodowego przeszukiwał najbliższe ulice przy szkole. Zaglądali w każdą bramę, pod każdy krzak. Egora nigdzie nie było…

Następnego dnia Ignat razem z dołączonymi wolontariuszami rozwieszał po mieście plakaty z fotografią Egora. Naklejał je na każdej przystanku, na każdym słupie. I to przyniosło rezultat. Po południu zadzwonił do policji kierowca autobusu. Mężczyzna był pewny na 100%, że to właśnie zaginionego chłopca wysadził na końcowej przystanku, przy lesie. Poszukiwania przeniosły się do lasu. Trzeciego dnia do wolontariuszy dołączyli nieobojętni mieszkańcy miasta.

Ignat nie spał trzeci dzień. Na chwilę wpadł do domu, gdzie zobaczył kobietę, której nie poznał od razu. Obok Mariny siedziała jego starsza siostra Sonya, z którą nie widział się od kilku lat. Sonya zadzwoniła wieczorem pierwszego września, żeby pogratulować dzieciom rozpoczęcia roku szkolnego. Wtedy dowiedziała się o zniknięciu siostrzeńca.

Porzuciłam wszystko i przyleciałam pomóc, – przytuliła Ignata Sonya. – Jak teraz idą poszukiwania?

Przeszukujemy las, – odpowiedział mężczyzna siostrze. – Czym możesz pomóc?

Jak to czym? Pójdę z tobą do lasu.

Dobrze, – skinął głową Ignat. – Marina, idziesz?

Nie zostawię dziewczynek samych, – zawahała się Marina.

Ignat skinął głową. Z Mariną miał wszystko jasne. Z tym też sobie później poradzi.
Teraz najważniejsze — znaleźć Jegora.

Podszedł do samochodu, a siostra poszła za nim. Na siedzeniu pasażera leżały ulotki ze zdjęciem Jegora. Żeby usiąść, Sonia wzięła je do rąk i krzyknęła:

— Boże, twój syn wygląda jak nasz dziadek! Ignat, czy on ma znamię na policzku w kształcie kropelki? Niesamowite, przeszło przez dwa pokolenia!

Ignat już jechał, ale na te słowa gwałtownie nacisnął hamulec. Tak ostro, że Sonia o mało co nie uderzyła głową w szybę.

— Co, co powiedziałaś? Co ma do tego znamię Jegora?

— Ignat, co ci jest? — Sonia otworzyła szeroko oczy. — Kiedy ostatni raz oglądałeś album rodzinny? Pamiętasz, jak wyglądał nasz dziadek, ten który zginął na wojnie? Zginął młodo, więc są tylko jego młodzieńcze zdjęcia. Był bardzo jasnowłosy. Twój Jegor jest do niego niesamowicie podobny. A co najważniejsze, dziadek miał dokładnie takie samo znamię. Też na lewym policzku.

Żuchwa Ignata drgała. Nie mówiąc ani słowa, gwałtownie zawrócił i pojechał z powrotem do domu.

— Poczekaj tu — rzucił do siostry i ruszył w stronę bramy.

Może oddajmy go do domu dziecka…

Wpadł do domu z tak wściekłym wyrazem twarzy, że Marina od razu się przestraszyła.

— Coś z Jegorem? Znaleźli go?

— Nie z Jegorem, tylko z tobą! — wrzasnął Ignat. — Wszystko wiem. Wiem, że okłamałaś mnie w sprawie Maszy i że on nie jest moim synem!

— Skąd się dowiedziałeś? — Marina zbladła.

— Nieważne, jak się dowiedziałem. Dlaczego to zrobiłaś?

— Bo cię kochałam. Chciałam, żebyś zapomniał o Maszy. Chciałam mieć swoje dziecko, a nie wycierać smarki temu Jegorowi. Czego się tak drzesz? I tak mi się nie udało. Nie oddałeś go do domu dziecka.

Ignatowi aż ręce swędziały. Bardzo swędziały. Wiedział, że musi wyjść, zanim ją uderzy.

— Kiedy wrócę, żeby cię tu nie było. Rozumiesz? Nie pokazuj mi się więcej na oczy. Nigdy!!!

Ignat obrócił się na pięcie i pobiegł do samochodu, w którym czekała na niego siostra.

Na skraju lasu było dużo ludzi. Ignat zobaczył radosne twarze i jego serce zaczęło bić szybciej. Czemu się tak cieszą? Czyżby…?

Zatrzymał samochód i pobiegł, patrząc na uśmiechniętego młodego wolontariusza, który wskazywał mu karetkę. W środku, owinięty kocem, siedział Jegor. Twarz chłopca skrzywiła się, gdy zobaczył tatę.

— Tato, przepraszam, chciałem wrócić, ale się zgubiłem.

— To ty mnie wybacz, synku — Ignat podniósł chłopca i mocno, bardzo mocno go przytulił.

Po jego policzkach płynęły łzy. Nawet na pogrzebie Maszy nie płakał tak bardzo.

— Zawiodłem cię, synku. Bardzo. Obiecuję, że od teraz wszystko będzie inaczej.

 

Może oddajmy go do domu dziecka…

Może oddajmy go do domu dziecka… Mężczyzna stał w izbie przyjęć szpitala położniczego, pochylając ramiona. W rękach nie trzymał kwiatów, jak to zwykle bywa, gdy witają matki z dziećmi. Popękane i pogryzione wargi były mocno zaciśnięte. Tak nie wyobrażał sobie spotkania z długo wyczekiwanym dziedzicem. Och, wcale nie tak!

Tak długo marzył o synu, o chłopaku. A oto pielęgniarka przynosi mu pakunek, przewiązany niebieską wstążką, i, nie patrząc w oczy, ostrożnie przekazuje w ręce. Sama czuje się niezręcznie. Zwykle, gdy przekazuje dziecko, gratuluje szczęśliwym ojcom, ale w tej sytuacji słowa gratulacji zabrzmiałyby jak bluźnierstwo. Pielęgniarka milczy. Chciałaby, żeby mężczyzna jak najszybciej wyszedł, zabierając dziecko. A Ignat nie spieszy się. Przytulił do siebie chłopca, a w kąciku oka błysnęła łza. Rozgląda się dookoła, jakby nie wierząc, że oto pojawi się matka jego syna.

Tylko ona się nie pojawi. Wiedzą o tym i młoda pielęgniarka, i sam Ignat. Już wyjaśniono mu komplikacje przy porodzie, jak serce Maszy stanęło, o bezskutecznych próbach jej ratowania.

Za to wasz syn urodził się zdrowy. Silny, zdrowy chłopak, — powiedzieli Ignatowi, jakby to miało go pocieszyć.

Ignat przycisnął mocno do siebie maleństwo owinięte w flanelowy kocyk, przewiązany niebieską wstążką. Maluch się poruszył, zaczynając miauczeć. Mężczyzna ocknął się. Trzeba wychodzić. Biedna pielęgniarka nie wie już, gdzie ma spojrzeć, jak jej niezręcznie. Ona przecież nie jest winna. A kto jest winny? On sam! To on nalegał na narodziny trzeciego dziecka. Masza nie chciała. Była zmęczona. Zmęczona byciem samotną.

Ignat pracował jako kierowca ciężarówki i miał dobrze płatne kursy, ponieważ był ceniony. Żyli z żoną dobrze, w dostatku. Dwie córki dorastały. A Masza narzekała, że jest sama. Ignat kupił dobry, drogi samochód. Masza znów była niezadowolona. Mówiła, że nie potrzebuje samochodu, tylko męża.

Kiedy zaszła w ciążę z trzecim dzieckiem, chciała przerwać ciążę. Ignat zabronił. Zabronił, bo bardzo chciał mieć syna. Oto jest, syn, w jego rękach. A co teraz z nim zrobić bez Maszy? Pracę będzie musiał zmienić, to jasne. Z trojgiem dzieci w trasę nie pojedzie. Ostatecznie Masza dostała to, czego chciała. Osiągnęła to swoją śmiercią.

Ignatowi chciało się wyć. Zawołać, rozpłakać się, ale trzymał się. W rękach miał niemowlę, a jeszcze trzeba było przygotować się do pogrzebu. Maszę trzeba było pochować z godnością, więc nie można było pozwolić emocjom wziąć góry.

W domu czekała na Ignata Marina — przyjaciółka zmarłej żony. Kiedyś Ignat nie był dla niej zbyt miły. Marina go irytowała. Ciągle kręciła się wokół ich domu, bo nie miała swojej rodziny. Ignat wytykał Maszy i prosił, żeby przynajmniej w jego obecności Marina nie przebywała w domu. Dopiero teraz Ignat zrozumiał, jak niesprawiedliwie traktował pulchną przyjaciółkę żony. To ona była pierwsza, która przybiegła, kiedy dowiedziała się o smutnej wiadomości. Podczas gdy Ignat był w szoku i nie mógł pojąć, co się stało, ona wzięła na siebie troskę o jego córki. Dziewczynki były jeszcze małe. Jedna miała siedem, druga pięć lat. A, szczerze mówiąc, Ignat, który ciągle był w trasie, nie wiedział, jak się nimi zająć.

Ignat dotarł do domu, a chłopiec zupełnie się rozpieszczył. Jego płacz przypominał miauczenie kociaka. Mężczyzna domyślał się, że maluch jest głodny. A co teraz zrobić? Czym go nakarmić? Ogłuszony wiadomością o śmierci żony, Ignat nie pomyślał o takich rzeczach. Ale pomyślała Marina. Kupiła już butelki i jedzenie dla dzieci. Od razu wzięła chłopca z rąk Ignata.

Ojej, jaki mały, płaczemy, płaczemy, — mówiła, otwierając kocyk. — Ojej, Ignat, zobacz, jaki on jasny. Nie jest podobny ani do ciebie, ani do Maszy. A co to na jego policzku? Brud?

Ignat patrzył na chłopca, którego rozwinęła Marina, podczas gdy próbowała zdrapać coś z jego białego policzka. Maluch był jasnoskóry, z bardzo jasnym meszkiem na głowie. Na Ignata na pewno nie wyglądał. Ignat był ciemny, czarnowłosy, a Masza również była ciemna. Marina tak intensywnie pocierała policzek dziecka, że mężczyzna się przestraszył.

Teraz mu dziurę w skórze zrobisz. To go boli. Daj, ja zobaczę. To wcale nie brud. To znamię.
Na sekundę w głowie Ignata pojawiło się podejrzenie, że dziecko zostało pomylone w szpitalu. Skąd u nich taki jasny maluszek, do tego z pieprzykiem na policzku? Myśl pojawiła się i zniknęła. Chłopiec głośno płakał i chciał jeść. Zajęła się tym Marina, a Ignatowi powiedziała:

Nie martw się o syna, ja się nim zajmę. Pewnie na jakiś czas przeprowadzę się do was. Teraz nie masz czasu na dzieci.

Ignat jakby się obudził, oderwał wzrok od chłopca, który żarłocznie ssał z butelki. Westchnął głęboko.

Tak, Marinko, bardzo ci dziękuję. Pojadę do zakładu pogrzebowego. I chyba od razu trzeba zamówić poczęstunek.

Tak, znam jedną stołówkę. Tam nie drogo.

Nie trzeba, — skrzywił się Ignat, — nie chcę oszczędzać na pogrzebie mojej Maszy.

Ale, Ignat, masz trójkę dzieci. Musisz je jeszcze wychować. Pieniądze będą potrzebne.

Mam pieniądze, — odparł Ignat szorstko. — Na wszystko wystarczy.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *