Koledzy z klasy wyśmiewali ucznia za jego biedne ubranie. Nie mogli sobie wyobrazić, jak on przyjdzie na bal maturalny…

W klasie zapadła cisza. Uczniowie starannie pisali test. Albina Romanowna chodziła tam i z powrotem przy tablicy, obserwując uczniów. Nagle jej uwagę odwrócił jakiś stukot w drzwiach. Nauczycielka wyszła z klasy.

— Ej, Tarasow! Co tam? Bezdomni już zrzucili się na frak na maturę? – nagle z pierwszego rzędu warknął Genka Rodkin.

W klasie rozległ się złośliwy śmiech.

— Poczekaj, naszemu Tarasowowi rozmiar nie pasował – mruknęła Lena Timochina. Wszyscy wybuchnęli dzikim śmiechem. Tarasow Wowa siedział, spuszczając obrażony wzrok. Co mógł powiedzieć przeciwko takiej liczbie kolegów z klasy? W jego sercu zrobiło się niewygodnie, pusto. Chciał jak najszybciej uciec z klasy, ale nie mógł. Albina Romanowna od razu wpisałaby mu gruby komentarz do dziennika. A potem w domu… W domu mama nie wytrzymałaby. Wzięłaby gruby pasek. Nie, lepiej znieść te kpiny. Zaraz wszystko się skończy, a on, Tarasow, wyjdzie stąd. Tym bardziej, że wakacje już niedługo. Więc wszystko zostanie za nim. Pomyślał o tym, a potem zaczął pisać dalej test. Dobrze, że ma pasję do nauki, bo inaczej koledzy całkiem by go zdeptali. Dwójkarzy nikt specjalnie nie lubi…

Wkrótce wróciła Albina Romanowna. W klasie znów zapadła cisza. Dzieci bały się swojej wychowawczyni. Nauczycielka była surowa. Mogła wezwać rodziców do dyrektora, obniżyć ocenę z postępów, a w ogóle zacząć traktować inaczej. Nikt z uczniów nie chciał trafić na jej „czarną listę” nielubianych.

Dzwonek zadzwonił. Wowa skończył zadania i oddał zeszyt nauczycielce. Narzucił na ramiona swój znoszony plecak i wyszedł z klasy razem z innymi, starając się nie przyciągać uwagi. Nie bardzo chciało mu się wpaść w ręce jakiegoś Rodkina lub podobnych. Takich było wielu.

Im bliżej domu, tym bardziej uginały mu się kolana. Teraz czekała go inna niepokojąca rzeczywistość. Z tego powodu Wowa czasem marzył, żeby wyjechać na koniec świata. Na pewno mama znów była nietrzeźwa. To zdarzało się często. Nieskończone imprezy w domu z jakimiś facetami. Olga – matka Wowy – często wyżywała się na synu. Szczególnie, gdy piła. Potrafiła wziąć pasek w ręce, jeśli coś jej się nie podobało. Wstyd było o tym komuś opowiedzieć. Nastolatek bał się kpin. Bał się, że trafi do domu dziecka. I tak zostało mu niedużo do pełnoletności. A wtedy poradzi sobie sam. Znajdzie pracę i będzie mieszkać osobno. Tak marzył. Wowa Tarasow, którego wszyscy dookoła byli gotowi skrzywdzić.

Oczywiście, gdyby chłopak nie chodził w takich zniszczonych ubraniach, nikt by się z niego nie śmiał. Na szczęście nauczył się sam prać te ubrania. Mamie nie było do niego. W domu wieczny bałagan i brud. Olga nie dbała o porządek. Sama nosiła jakiś fartuch, zniszczony do granic. Cała była zaniedbana, z zapadniętymi oczami. Wczesne zmarszczki mówiły o jej nieodpowiednim stylu życia.

Sąsiedzi spotykali Olgę i tylko kręcili głowami. „Nieudaczna!” – mówili za nią.

Wowa otworzył drzwi do domu. Z kuchni dobiegały głosy mężczyzny i kobiety. Dochodziły zapachy alkoholu i przypalonego jedzenia. Matka znów przyprowadziła jakiegoś chłopaka i piła z nim. Wowa się dla niej nie liczył. A przecież miał wkrótce maturę. Chłopak chciał wyglądać jak najlepiej. Jak to, koledzy z klasy będą wystrojeni, a on… Nie miał nawet na sobie eleganckiego ubrania. Nie miał żadnej odświętnej odzieży. Co tu mówić, Wowa ledwo co miał co jeść. Wszyscy faceci matki wszystko zjedli.

Chłopak rzucił plecak w swojej pokoju i cicho wyszedł z domu. Na ogródku dojrzewały już truskawki. Choć jeszcze były zielone. To nie przeszkadzało głodnemu chłopakowi. Przynajmniej coś włoży do ust, byle tylko żołądek przestał burczeć.

— Głodny? – zza płotu pojawiła się sąsiadka, baba Nadya.

— Dzień dobry! – Wowa zamieszał się i przywitał ją.

— Chodź, nakarmię cię – zaproponowała. – Chodź, nie wstydź się. Mam naleśniki z dżemem i śmietaną. Inaczej całkiem zdechniesz. I jeszcze te zielone truskawki. Będzie ci bolał brzuch.

Wowa poszedł za nią. Czuł się niekomfortowo, ale bardzo chciał jeść.

— Ja bym twoją matkę powiesiła za jedno miejsce! – mówiła starsza kobieta, stawiając przed Wową dużą miskę z rumianymi naleśnikami. – Na Boga, chłopak głoduje w szkole, a ona tam jakiegoś amanta przyprowadza, pije z nim. Wszystkie twoje pieniądze przepija!

Złościła się. Wowa milczał. Wstydził się za głupią mamę.

— No, najadłeś się? – zapytała baba Nadya, kiedy chłopak zjadł ostatni naleśnik. Kiwnął głową.

— Dziękuję bardzo! – szczerze podziękował babie Nadyi.
— Nie ma za co. Tylko cieszę się, że mogłam pomóc. Mam nadzieję, że wystarczy ci do wieczora. Jakby co, przyjdź. Ugotuję barszcz. Będziemy razem jeść kolację — wymamrotała.

Koledzy z klasy wyśmiewali ucznia za jego biedne ubranie. Nie mogli sobie wyobrazić, jak on przyjdzie na bal maturalny…

Wowa wrócił do domu, a senność zaczęła go ogarniać. Postanowił chwilę się zdrzemnąć.

… Szli po parku rozrywki. Dziesięcioletni Wowa, mama i tata. Tacy radośni i beztroscy. Wydawało się, że całe życie jest przed nimi. Wowa zajadał lody śmietankowe z czekoladą. W drugiej ręce trzymał kolorowe balony. Mama wskazywała coś w dal i śmiała się, rozmawiając z ojcem. Ten dzień chłopiec zapamiętał na zawsze. Znowu śnił mu się dzisiaj.

Po zabawie rodzina wróciła do domu.

— Tato, zapomniałeś się zapiąć! – powiedział dziecko, siedząc w samochodzie ojca.

— A, zostaw, — uśmiechnął się ojciec Wowie, spoglądając w lusterko. — Tutaj tylko kilka ulic do przejechania.

Nie dojechali do domu, gdy samochód zderzył się z ciężarówką. Ojciec zdążył skręcić pojazd, ale sam nie przeżył. Przy życiu zostali tylko mama i Wowa.

Mama płakała długo. Nie mogła dojść do siebie. Nigdy wcześniej nie piła. Po śmierci taty wzięła kieliszek do ręki. Od tej pory tak piła. Ukojenie w bólu straty. Jednak wtedy, Olga radziła sobie z pracą, wychowywała dziecko, a teraz zupełnie nie rozumiała, po co i dla kogo żyje na tym świecie. Tak, żyła z dnia na dzień. Zrobiła Wowi życie nieszczęśliwym. Chłopak nigdy nie myślał, że życie może być tak okrutne…

Obudziły go krzyki. Czyjś męski głos śpiewał piosenki. Wyglądało na to, że facet był już całkowicie pijany. Mama też krzyczała, ale niezbyt głośno.

Wowa przypomniał sobie o lekcjach i zaczął się ich uczyć. Jutro kolejna kartkówka. Trzeba się przygotować. Za oknem prawie już lato. Było ciepło i przyjemnie. Cały dzień świeciło słońce. Na niebie nie było ani chmurki. W takie dni dzieci w pobliżu grały w piłkę. Czasami Wowa do nich dołączał. Dziś też miał ochotę pograć z nastolatkami. Nie chciało mu się siedzieć cały dzień w domu i słuchać piosenek pijanych ludzi.

Po nauce Wowa cicho wymknął się z domu i poszedł na spacer. Dobrze, że nikt go nie zauważył. Inaczej na pewno wysłaliby go do sklepu po kolejną butelkę wódki.

Gra nie trwała długo. Gdyby Wowa przyszedł wcześniej, mogliby jeszcze pograć. Dzieci rozeszły się. Przypomniawszy sobie o obiecanym barszczu, Wowa ruszył do babci Nadi.

Babcia go kochała. Chłopak był dobry. Czasami pomagał jej w ogrodzie i w domu. W ramach wdzięczności ją karmiła, a po prostu go żałowała. Kiedyś babcia Nadia chciała zgłosić sprawę do opieki społecznej, ale zmieniła zdanie. Jak potoczy się los Wowy? Niedługo będzie dorosły. Nic, babcia Nadia go wykarmi, a potem się zobaczy. Dla niej jest jak własny wnuk. Jej dzieci mieszkają daleko. Rzadko przyjeżdżają.

— Dziękuję! Barszcz pyszny, — oczy chłopca świeciły.

— No i dobrze, że pyszny, — odpowiedziała babcia. – A ja coś wymyśliłam. Potrzebujesz pieniędzy, prawda?

— Co wymyśliłaś? – mruknął Wowa.

— To nie ja wymyśliłam. Niedaleko otworzyła się myjnia samochodowa. Znam właściciela. Powiedziałam mu o tobie. Poszedłbyś tam, trochę dorobił? W końcu niedługo masz maturę. A ty nawet nie masz żadnych ciuchów, — opowiedziała babcia Nadia.

Chłopak ucieszył się. W ich małym miasteczku trudno było znaleźć pracę.

— Zaskoczyłaś mnie! – zawołał.

— Idź tam jutro rano. Przed szkołą. A po szkole popracujesz. Myślę, że wszystko będzie dobrze, — zapewniła starsza kobieta.

Wowa ledwo doczekał się dzwonka kończącego ostatnią lekcję. Koledzy znów omawiali maturę. Znowu śmiali się z niego, z Wowy. Wystawiali go za biedaka i głupka. To było niskie z ich strony, a chłopakowi – bolesne. Tylko jedna dziewczynka, Zlata, go broniła. Od dawna mu się podobała. A może po prostu go żałowała.

Po zakończeniu lekcji Wowa poszedł na myjnię samochodową.

— To ty, Tарасов? – powiedział kierownik.

— Tak, — kiwnął chłopak.

— W takim razie możesz od razu zacząć. Cały sprzęt tam. Myślę, że wiesz, jak myć samochody.

— Tak, miałem kiedyś samochód ojca.

Z pracą poszło mu naprawdę dobrze. Klienci go dziękowali. Niektórzy zostawiali napiwki. Teraz Wowa nie będzie głodny. Jeszcze i babci Nadii coś przyniesie…

Ledwie wszedł do domu, a od razu stanęła przed nim matka.
— Skąd to masz? – wykrzyknęła, patrząc na torbę w rękach syna. – Daj, zobaczę, co przyniosłeś.

— To nie dla ciebie! – odpowiedział gniewnie Wowa.

— A dla kogo, jeśli nie dla mnie? – uśmiechnęła się. – Ej, Kostek! Chodź tu!

Wowa z tęsknotą patrzył, jak matka z chłopakiem zabierają mu jedzenie, które kupił w lokalnym sklepie. Jeśli zacznie im to odbierać, to na pewno dostanie lanie. A Wowa nie chciał chodzić potem z siniakami. Podrapał się po głowie i poszedł do babci Nadi.

Koledzy z klasy wyśmiewali ucznia za jego biedne ubranie. Nie mogli sobie wyobrazić, jak on przyjdzie na bal maturalny…

— Co za paskuda! – oburzyła się babcia. – Dziecko harowało cały dzień, a ta żmija wszystko zabrała. Nic to. Będziesz teraz naukowcem. Następnym razem możesz zostawić jedzenie u mnie. Nie ruszę tego i nikomu nie dam.

Wowa nie mógł powstrzymać łez, opowiadając swoją smutną historię. Jak mu było przykro…

Czas mijał. Egzaminy się skończyły. Zbliżał się dzień balu maturalnego. Wowa zarobił niezłą sumę. Spodobał się swojemu szefowi, który docenił jego odpowiedzialność. Zawsze puszczał chłopaka, kiedy ten tego potrzebował. Ustępował mu.

Tego dnia Wowa planował wrócić do domu trochę wcześniej. Musiał zdążyć pomóc babci Nadi.

— Wowa, tam na „Dżipie” facet podjechał. Słuchaj, umyj mu samochód, a? Bo inaczej będą kłopoty. A Witek – twój partner, jeszcze nie przyszedł – poprosił go szef.

Wowa wrócił na swoje miejsce pracy. Podczas gdy mężczyzna w szarym garniturze rozmawiał przez telefon, chłopak szybko doprowadził jego drogi samochód do porządku.

— O, młody! – pochwalił go właściciel samochodu. – Nawet nie myślałem, że tak szybko sobie poradzisz.

Pochwalił Wowę po plecach i dał mu kilka banknotów.

— To za szybkość! – podziękował.

— Poczekaj – nagle się zatrzymał. – Chyba cię znam. Jesteś synem Andrieja Tarasowa, prawda?

Chłopak kiwnął głową.

— A, czyli Andrieja… Słuchaj, chcesz ze mną pojechać? Właśnie chciałem zjeść kolację. Naprawdę nie mogę cię nie zabrać – kontynuował.

— Nie mogę… Obiecałem pomóc babci Nadi! – odmówił Wowa.

— No daj spokój! Babę Nadię znam. Później jej razem pomożemy – nalegał mężczyzna. Nazywał się Edik. Kiedyś przyjaźnił się z ojcem Wowy. Teraz pewnie byliby partnerami. Chcieli otworzyć wspólny biznes. Gdyby tylko tata Wowy nie odszedł…

W restauracji, gdzie jadał Edik z Wową, cicho grała muzyka. Kelner od razu przyniósł menu i przyjął zamówienie. Wowa nigdy wcześniej nie był w restauracji. Ciągle się rozglądał. Wszystko tutaj wydawało mu się niezwykłe.

— Myślisz, że nie wiem, jak teraz żyjesz? – westchnął wujek Edik. – Niedawno odwiedziłem wasze miasteczko, od razu mi opowiedzieli. Może zmienisz pracę? Przecież już skończyłeś szkołę.

— Nie, muszę się jeszcze nauczyć – odpowiedział chłopak.

— U mnie się nauczysz. Pomogę ci. Tylko obiecaj, że nie będziesz leniwy – kontynuował mężczyzna.

Jego propozycja spodobała się Wowie. Praca u wujka Edika byłaby znacznie ciekawsza niż na myjni samochodowej. A i pensja większa.

Wowa wrócił do domu późno. Następnego dnia pomógł babci Nadi. Dowiedziawszy się o przyjacielu ojca chłopaka, starsza kobieta ucieszyła się.

— Czyżby Bóg cię zmiłował? – powiedziała. – Ale radość! Tylko nic nie mów swojej mamie.

Wowa kiwnął głową. Po co jej o tym mówić? Olga i tak codziennie czuwa nad synem, a ten jej daje parę setek. Tylko, żeby go zostawiła. Wiecznie pijana, nie trzeźwieje. Nie obchodzi jej, jak Wowa skończył szkołę. Chociażby zapytała, jak mu idzie. Nie, ona tylko chce pić. Kobieta nie zwracała uwagi na to, że syn jest krzywdzony. Gdyby porzuciła złe nawyki, to na pewno Wowa miałby nowy garnitur, modne buty i porządny plecak. Czasami chłopak nie miał nawet zeszytu z długopisem. Musiał pożyczać od nauczycielki. A nauczycielka to dopiero… Mogła go wyśmiewać za plecami, kiedy nie słyszał. Po prostu Albina Romanowna nie lubiła, jak się ubierał. Kiedyś przyszła do matki Tarasowa. Była trzeźwa jak szkło. Choć w domu panował bałagan, nie zwróciła na to uwagi. Najważniejsze, że Olga była spokojna. Albina Romanowna uwierzyła Oli. Przyznała się, że siedzi bez pracy i nie może kupić potrzebnych rzeczy swojemu synowi. Nauczycielka jej uwierzyła. Gdyby tylko Albina Romanowna bardziej zrozumiała sytuację swojego ucznia, Wowa trafiłby do domu dziecka.

Na balu maturalnym zebrali się wszyscy koledzy z klasy. Pani wychowawczyni też przyszła.

Ktoś kąśliwie krzyknął:

— A gdzie nasz Alain Delon?

— To Tарасов? On jeszcze stoi w kolejce. Wybiera biedacki strój na bal! – zakpiła jedna z koleżanek z klasy.

Wszyscy głośno się zaśmiali. Tylko Zlata stała i patrzyła gdzieś w bok, otwierając usta. Z „Dżipa” wyszedł Wowa, ubrany w niebieski garnitur z połyskiem! Uczniowie złapali jej wzrok i również spojrzeli na tę niezwykłą scenę.

— To Tарасов? – krzyknął Genka.

— Niemożliwe… – powiedziała Lena.

— Fajnie! – dodał Stepanow.

Albina Romanowna westchnęła, widząc Wowa. Takiego przystojnego jeszcze go nie widziała. Fryzurę zrobił w salonie.

— Jak z obrazka! – powiedziała, gdy zbliżył się do swojego klasy.

Zlata podeszła do Wowy pierwsza, a on wziął ją pod ramię. Dziewczyna też wyglądała pięknie w swojej beżowej sukience z różowymi falbankami.

Najpiękniejszy taniec na studniówce mieli ta para. Dziewczyny co chwilę zerkały na Tарасова. On jednak nie zwracał na nie uwagi. Miał Zlatę. Tę dziewczynę Wowa kochał od samego początku ich szkolnej drogi. Tylko bał się jej to wyznać. Bo nie miał pieniędzy. Bo pochodził z biednej rodziny. Kto na niego spojrzy? Ale teraz wszystko było inaczej.

Po studniówce Wowa odprowadził Zlatę aż pod dom. A potem pocałował ją na pożegnanie. Po raz pierwszy wyznał, że ją kocha. Ona jakby czekała na te słowa.

Tego wieczoru Wowa wrócił do domu bardzo zmęczony. Ledwie przekroczył próg, od razu zwrócił uwagę na coś, czego dawno nie widział. Cały dom lśnił czystością. Nigdzie nie było ani ziarenka kurzu. W kuchni ktoś umył wszystkie naczynia i podłogę. A jak cudownie pachniało! Wowa zajrzał do garnka i zobaczył zupę. Wziął łyżkę i zamieszał zawartość. Pływały tam ziemniaki, kawałki mielonego mięsa i zioła. Chłopak był zdezorientowany. Kto potrzebował posprzątać dom i przygotować jedzenie?

W drzwiach sypialni jego matki pojawiła się ona, mama.

— Przepraszam cię, synku – powiedziała, podchodząc. – Tak bardzo cię przepraszam. Chciałam zrobić ci choć trochę radości.

On objął matkę i powiedział:

— Dziękuję, mamo. Gdybyś tylko wiedziała, jak marzyłem o czymś takim…

— Teraz tak będzie zawsze! – zapewniła go Olga pewnym głosem.

Rzeczywiście, zaczęła zmieniać swoje życie. Poszła do pracy. W domu zaczęły pojawiać się potrzebne rzeczy. W lodówce zawsze była żywność. Olga lubiła gotować. Nawet Wowie kupiła prezent – elektryczną maszynkę do golenia. Chłopak był bardzo zadowolony. Marzył o tym, by mama zaczęła brać odpowiedzialność. Teraz dziękował Wszechświatowi za to.

Olga z czasem nawet ładniej wyglądała. Zaczęła ubierać się schludnie.

Pewnego dnia siedzieli z Wową w salonie, oglądając ciekawy film w telewizji. Nagle ktoś cicho zapukał do drzwi.

— Otworzę – powiedziała matka i pobiegła do wyjścia.

Otworzywszy drzwi, spotkała nieznajomego mężczyznę. Ale przyjrzała się uważniej i przypomniała sobie, gdzie go widziała.

— Edik, to ty? – cofnęła się kobieta.

— Tak, to ja – uśmiechnął się. – Przyszedłem do Wowy. Mówił, że może sprawdzić gaźnik.

— Tak, tak, oczywiście! Wejdź – zaprosiła go.

Weszli do salonu. Wowa zerwał się z miejsca.

Koledzy z klasy wyśmiewali ucznia za jego biedne ubranie. Nie mogli sobie wyobrazić, jak on przyjdzie na bal maturalny…

— Ojej, nie wiedziałem, że przyjdziesz tak wcześnie – powiedział chłopak.

— A ja zaparzę herbatę – zaczęła się krzątać Olga.

Po kilku minutach siedzieli wszyscy troje w kuchni, jedząc kanapki i pijąc aromatyczną herbatę.

— Nawet nie myślałem, że tak żyjesz sama – powiedział gość.

Wowa zauważył, jak jego matka i wujek Edik spojrzeli sobie w oczy. Chłopak przypomniał sobie, że chciał teraz coś zrobić na podwórku, więc natychmiast wyszedł, zostawiając matkę i swojego szefa samych.

Długo rozmawiali, wspominając przeszłość. Potem Edik niespodziewanie wziął jej rękę i zaproponował:

— Czy mogę zabrać cię jutro na kolację?

Olga szybko zamrugała rzęsami.

— Chciałabym – zgodziła się.

Minęło pięć i pół roku. Byli koledzy z klasy Wowy już dawno żyli własnym życiem.

Wowa wrócił z wojska i pracował u Edika w jego firmie. Dzięki temu dobremu człowiekowi udało mu się zdobyć wykształcenie. A teraz miał też młodszą siostrę, Sonię. Teraz wracał z pracy i myślał o swojej żonie.

— Zlata! – krzyknął z progu, wchodząc do domu. Żona pobiegła do niego i objęła go ramionami. Za nią do Wowy pobiegła Sonia.

— A gdzie mama? – zapytał dziewczynkę.

— Mama wyjechała z tatą – odpowiedziała mała. – W domu tylko babcia Nadya.

— Ach ty, psotnico – powiedział, biorąc Sonię na ręce, a potem zwrócił się do żony:

— A jak się ma moja królowa? Znowu cię męczył ten toksykoz?

— Nie, dzisiaj wszystko dobrze – uśmiechnęła się.

Wowa położył rękę na jej brzuchu:

— Hej, piłkarzu albo piłkarko! Przestań męczyć mamę!

— To nie piłkarz – odpowiedziała radośnie Sonia. – To ona – Masha. Naszą dziewczynkę będą nazywać Mashą, jak moją lalkę.

Malutka przytuliła do siebie lalkę, a wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.

Baba Nadya długo jeszcze żyła z nimi. Do końca swoich dni była w pełni świadoma. Nie każdy dożyje 92. roku życia. Staruszkę kochali za jej dobroć i gotowość do wsparcia. A ona cieszyła się, że w końcu wszystko u Wowy się poukładało.

Koledzy z klasy wyśmiewali ucznia za jego biedne ubranie. Nie mogli sobie wyobrazić, jak on przyjdzie na bal maturalny…

Koledzy z klasy wyśmiewali ucznia za jego biedne ubranie. Nie mogli sobie wyobrazić, jak on przyjdzie na bal maturalny…

W klasie zapadła cisza. Uczniowie starannie pisali test. Albina Romanowna chodziła tam i z powrotem przy tablicy, obserwując uczniów. Nagle jej uwagę odwrócił jakiś stukot w drzwiach. Nauczycielka wyszła z klasy.

— Ej, Tarasow! Co tam? Bezdomni już zrzucili się na frak na maturę? – nagle z pierwszego rzędu warknął Genka Rodkin.

W klasie rozległ się złośliwy śmiech.

— Poczekaj, naszemu Tarasowowi rozmiar nie pasował – mruknęła Lena Timochina. Wszyscy wybuchnęli dzikim śmiechem. Tarasow Wowa siedział, spuszczając obrażony wzrok. Co mógł powiedzieć przeciwko takiej liczbie kolegów z klasy? W jego sercu zrobiło się niewygodnie, pusto. Chciał jak najszybciej uciec z klasy, ale nie mógł. Albina Romanowna od razu wpisałaby mu gruby komentarz do dziennika. A potem w domu… W domu mama nie wytrzymałaby. Wzięłaby gruby pasek. Nie, lepiej znieść te kpiny. Zaraz wszystko się skończy, a on, Tarasow, wyjdzie stąd. Tym bardziej, że wakacje już niedługo. Więc wszystko zostanie za nim. Pomyślał o tym, a potem zaczął pisać dalej test. Dobrze, że ma pasję do nauki, bo inaczej koledzy całkiem by go zdeptali. Dwójkarzy nikt specjalnie nie lubi…

Wkrótce wróciła Albina Romanowna. W klasie znów zapadła cisza. Dzieci bały się swojej wychowawczyni. Nauczycielka była surowa. Mogła wezwać rodziców do dyrektora, obniżyć ocenę z postępów, a w ogóle zacząć traktować inaczej. Nikt z uczniów nie chciał trafić na jej „czarną listę” nielubianych.

Dzwonek zadzwonił. Wowa skończył zadania i oddał zeszyt nauczycielce. Narzucił na ramiona swój znoszony plecak i wyszedł z klasy razem z innymi, starając się nie przyciągać uwagi. Nie bardzo chciało mu się wpaść w ręce jakiegoś Rodkina lub podobnych. Takich było wielu.

Im bliżej domu, tym bardziej uginały mu się kolana. Teraz czekała go inna niepokojąca rzeczywistość. Z tego powodu Wowa czasem marzył, żeby wyjechać na koniec świata. Na pewno mama znów była nietrzeźwa. To zdarzało się często. Nieskończone imprezy w domu z jakimiś facetami. Olga – matka Wowy – często wyżywała się na synu. Szczególnie, gdy piła. Potrafiła wziąć pasek w ręce, jeśli coś jej się nie podobało. Wstyd było o tym komuś opowiedzieć. Nastolatek bał się kpin. Bał się, że trafi do domu dziecka. I tak zostało mu niedużo do pełnoletności. A wtedy poradzi sobie sam. Znajdzie pracę i będzie mieszkać osobno. Tak marzył. Wowa Tarasow, którego wszyscy dookoła byli gotowi skrzywdzić.

Oczywiście, gdyby chłopak nie chodził w takich zniszczonych ubraniach, nikt by się z niego nie śmiał. Na szczęście nauczył się sam prać te ubrania. Mamie nie było do niego. W domu wieczny bałagan i brud. Olga nie dbała o porządek. Sama nosiła jakiś fartuch, zniszczony do granic. Cała była zaniedbana, z zapadniętymi oczami. Wczesne zmarszczki mówiły o jej nieodpowiednim stylu życia.

Sąsiedzi spotykali Olgę i tylko kręcili głowami. „Nieudaczna!” – mówili za nią.

Wowa otworzył drzwi do domu. Z kuchni dobiegały głosy mężczyzny i kobiety. Dochodziły zapachy alkoholu i przypalonego jedzenia. Matka znów przyprowadziła jakiegoś chłopaka i piła z nim. Wowa się dla niej nie liczył. A przecież miał wkrótce maturę. Chłopak chciał wyglądać jak najlepiej. Jak to, koledzy z klasy będą wystrojeni, a on… Nie miał nawet na sobie eleganckiego ubrania. Nie miał żadnej odświętnej odzieży. Co tu mówić, Wowa ledwo co miał co jeść. Wszyscy faceci matki wszystko zjedli.

Chłopak rzucił plecak w swojej pokoju i cicho wyszedł z domu. Na ogródku dojrzewały już truskawki. Choć jeszcze były zielone. To nie przeszkadzało głodnemu chłopakowi. Przynajmniej coś włoży do ust, byle tylko żołądek przestał burczeć.

— Głodny? – zza płotu pojawiła się sąsiadka, baba Nadya.

— Dzień dobry! – Wowa zamieszał się i przywitał ją.

— Chodź, nakarmię cię – zaproponowała. – Chodź, nie wstydź się. Mam naleśniki z dżemem i śmietaną. Inaczej całkiem zdechniesz. I jeszcze te zielone truskawki. Będzie ci bolał brzuch.

Wowa poszedł za nią. Czuł się niekomfortowo, ale bardzo chciał jeść.

— Ja bym twoją matkę powiesiła za jedno miejsce! – mówiła starsza kobieta, stawiając przed Wową dużą miskę z rumianymi naleśnikami. – Na Boga, chłopak głoduje w szkole, a ona tam jakiegoś amanta przyprowadza, pije z nim. Wszystkie twoje pieniądze przepija!

Złościła się. Wowa milczał. Wstydził się za głupią mamę.

— No, najadłeś się? – zapytała baba Nadya, kiedy chłopak zjadł ostatni naleśnik. Kiwnął głową.

— Dziękuję bardzo! – szczerze podziękował babie Nadyi.
— Nie ma za co. Tylko cieszę się, że mogłam pomóc. Mam nadzieję, że wystarczy ci do wieczora. Jakby co, przyjdź. Ugotuję barszcz. Będziemy razem jeść kolację — wymamrotała.

Wowa wrócił do domu, a senność zaczęła go ogarniać. Postanowił chwilę się zdrzemnąć.

… Szli po parku rozrywki. Dziesięcioletni Wowa, mama i tata. Tacy radośni i beztroscy. Wydawało się, że całe życie jest przed nimi. Wowa zajadał lody śmietankowe z czekoladą. W drugiej ręce trzymał kolorowe balony. Mama wskazywała coś w dal i śmiała się, rozmawiając z ojcem. Ten dzień chłopiec zapamiętał na zawsze. Znowu śnił mu się dzisiaj.

Po zabawie rodzina wróciła do domu.

— Tato, zapomniałeś się zapiąć! – powiedział dziecko, siedząc w samochodzie ojca.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *