— Jestem pańską opiekunką. Zatrudnił mnie pana mąż.
Justine zamrugała powoli. Kobieta, która właśnie weszła do pokoju, wyglądała spokojnie, ale nie chłodno. Wręcz przeciwnie — w jej oczach była jakaś ciepła łagodność, tak długo nieobecna w życiu Justine.
— Powiedział… kiedy wróci?
— Wspomniał coś o dwóch, trzech tygodniach. Nie podał dokładnej daty. Proszę się nie martwić — będę się panią opiekować.
Justine zamknęła oczy na chwilę. Zmęczenie było przytłaczające.
— Jak pani ma na imię?
— Maria.
— Jak moja matka… — wyszeptała Justine. — Nie wypowiadałam tego imienia od lat…
Maria uśmiechnęła się łagodnie. Nie była to pierwsza osoba, która widziała w niej kogoś z przeszłości. Ale ona nie nalegała. Czas sam otwiera odpowiednie drzwi.
W kolejnych dniach Maria powoli wprowadzała porządek w domu. Przewietrzyła sypialnię, zmieniła pościel, przygotowała rosół, którego zapach przypominał dzieciństwo. Justine przez wiele dni nie miała apetytu, ale coś w niej się poruszyło — coś małego, ale żywego.
Czwartego dnia Maria usiadła cicho na krześle przy łóżku i po prostu milczała. Nie potrzebowała mówić. Jej obecność była jak balsam.
— Nie chce mnie pani o nic zapytać? — zapytała Justine szeptem.
— Nie. Po prostu tu jestem. Gdy będzie pani gotowa, sama pani powie.
Tak też się stało. Po kilku dniach Justine zapytała:
— Wierzy pani w karę?
— W jakim sensie?
— Że płacimy za cudze błędy. Że ja tu leżę, bo zaufałam mężczyźnie, który nigdy mnie nie kochał.
Maria spojrzała w okno. Na zewnątrz padał lekki deszcz. Potem powiedziała:
— Myślę, że niektórzy kochają całą duszą, a inni tylko sobą. Gdy kochasz kogoś, kto nie potrafi oddać ci tej miłości, zaczynasz powoli umierać — najpierw duszą, potem ciałem.
Justine uśmiechnęła się lekko. Pierwszy raz od miesięcy.
— Gdybym spotkała panią dziesięć lat temu…
— Dziesięć lat temu siedziałam w więzieniu.
Justine uniosła lekko brwi.
— Naprawdę?
— Tak. Zostałam skazana za zabójstwo zięcia. Bił moją córkę przez lata. W końcu dałam mu truciznę. W sądzie zapytali, czy żałuję. Odpowiedziałam: „Gdybym mogła, zrobiłabym to znowu.”
Zapanowała cisza. Justine była zaskoczona. Ale nie bała się.
— Odważna z pani kobieta, Mario.
Maria nie odpowiedziała. Ale po jej twarzy przemknął cień smutku.
Gdy Christophe wrócił, było już ciemno. Padał deszcz, a on wślizgnął się do mieszkania, strzepując parasol. W przedpokoju zamarł. Wszystko pachniało inaczej. Czysto. Domowo. Jakby ktoś znów tchnął życie w te ściany.
Zajrzał do kuchni — na stole stał kubek herbaty i talerz z parującą zupą. Obok stał wazon z kwiatami. Kwiatami. W jego domu.
Z niepewnością ruszył do sypialni.
Justine leżała w łóżku. Ale już nie wyglądała jak cień człowieka. Miała pod głową poduszki, była uczesana, ubrana w czystą koszulę nocną. W dłoniach trzymała książkę.
— Witaj, — powiedziała spokojnie.
— Wyglądasz… lepiej.
— Żyję. Choć to chyba nie było w twoich planach.
Christophe przełknął ślinę. Zgubił słowa.
— Kto… kto to wszystko zrobił?
— Maria.
— Gdzie ona jest?
— W kuchni. Ale nie sądzę, by chciała cię widzieć.
Christophe opuścił głowę. Ruszył powoli w stronę kuchni. Maria właśnie pakowała coś do torby.
— Proszę pani… chciałbym, żeby pani została. Zapłacę więcej. Dużo więcej.
Maria spojrzała na niego uważnie. A potem cicho powiedziała:
— Pieniądze nie zmienią tego, kim pan jest. A ja nie zostaję tam, gdzie ludzi traktuje się jak przeszkody.
I wyszła. Cicho zamykając za sobą drzwi.
Christophe stał jeszcze chwilę. Potem powoli wrócił do sypialni. Justine patrzyła na niego. Nie z nienawiścią. Z obojętnością. Obojętność bolała bardziej.
— Co teraz? — zapytał cicho.
— Teraz? — powtórzyła. — Teraz możesz zdecydować, czy chcesz być człowiekiem. Ale ja już nie czekam.
Odwróciła wzrok do okna. Deszcz nadal padał. Ale jej wewnętrzny burzowy front… powoli odchodził.