Czas jakby się zatrzymał. Wszystkie myśli o spotkaniu, interesach i umowach w jednej chwili wyparowały. Istniał tylko leżący staruszek i twarz kobiety, która drżała ze strachu o niego.
– Proszę… niech pan wezwie karetkę! – zawołała kobieta drżącym głosem.
Ręce Wiktora drżały, gdy wyciągał telefon. Wybrał numer. Głos mu się łamał, gdy tłumaczył, co się stało. W tym czasie starzec powoli otworzył oczy.
– Nic mi nie jest… tylko się przestraszyłem – wyszeptał, próbując się podnieść.
Wiktor uklęknął obok niego.
– Proszę mi wybaczyć… nie chciałem… po prostu…
W oczach starca nie było gniewu. Było w nich coś znacznie boleśniejszego: rozczarowanie. Ten rodzaj ciszy, który nie krzyczy, ale przygniata duszę swoim ciężarem.
Karetka przyjechała szybko. Po badaniu poinformowano, że starszemu panu nic poważnego się nie stało. Jednak zanim odjechali, jeden z ratowników nagle się uśmiechnął:
– Panie Becker… nie poznałem pana! Ludzie wciąż pamiętają pana z czasów, gdy był pan dowódcą obrony cywilnej. Ratował pan życie podczas powodzi w 1994 roku.
Wiktor zaniemówił.
– Dowódcą…? Pan…?
– Wtedy byłem tym, kim trzeba było być. Teraz sprzedaję porzeczki, żeby nie zardzewieć – odpowiedział staruszek z uśmiechem.
Wiktor przełknął ślinę. Poczuł się malutki – mniejszy niż te rozsypane jagody na drodze.
– Panie Becker… pozwoli pan, że pomogę. W jakikolwiek sposób. Jestem panu coś winien.
– Możesz zacząć od tego… by nauczyć się zatrzymywać i rozglądać. Nie wszystko, co ważne, znajduje się w e-mailach i umowach – powiedział spokojnie starzec.
Wiktor przez kilka sekund milczał. Potem bez słowa wyciągnął portfel i kupił cały kosz porzeczek. W oczach starszej pani pojawiły się łzy – nie ze strachu, lecz z wdzięczności.
Następnego ranka Wiktor nie poszedł na spotkanie biznesowe. Zamiast tego wziął mamę za rękę i razem wrócili do pana Beckera – z koszem świeżych jajek i słoikiem domowej konfitury.
Po raz pierwszy poczuł, że nauczył się czegoś naprawdę ważnego o życiu – czegoś, czego żadna transakcja nie mogła mu dać.