„Nie opieraj się… Jesteś teraz moją żoną” – horror, jaki przeżywały radzieckie kobiety faworyzowane przez Niemców, był gorszy od śmierci.

„Nie opieraj się… Jesteś teraz moją żoną” – horror, jaki przeżywały radzieckie kobiety faworyzowane przez Niemców, był gorszy od śmierci.

Nazywam się Irina Petrova. Mam 96 lat. Trzęsą mi się ręce, kiedy trzymam ten mikrofon. Ale to nie z powodu starości. Starość odbiera siłę mięśni, ale nie sprawia, że serce wali jak młot, jakby ktoś miał zaraz zapukać do drzwi kolbą karabinu. Trzęsą mi się ręce, ponieważ milczałam przez ponad 70 lat.

Przez wszystkie te dziesięciolecia żyłem w cieniu własnych wspomnień, ukrywając się przed pytaniami, spojrzeniami sąsiadów, przed samym sobą. W Związku Radzieckim po powrocie uczono nas, że przetrwanie niewoli było niemal przestępstwem. Jeśli nie zginąłeś za ojczyznę, oznaczało to, że zapłaciłeś wrogowi za swoje życie, i mieli rację. Ja zapłaciłem.

Nie zapłaciłem ani pieniędzmi, ani zdradą tajemnic wojskowych. Zapłaciłem swoją duszą, kawałek po kawałku, każdego dnia spędzonego w ciepłym biurze pośród lodowatego piekła. Dzisiaj chcę powiedzieć prawdę. Nie tę heroiczną prawdę, którą drukowały gazety o niepokonanym narodzie radzieckim, ale brudną, lepką, haniebną prawdę o tym, jak kultura może stać się narzędziem tortur i jak filiżanka gorącej herbaty może ważyć więcej niż ludzkie życie.

Chcę, żebyście to usłyszeli teraz, póki jeszcze słychać mój głos, bo wkrótce odejdę, a ta historia zniknie wraz ze mną. Przed wojną byłem zupełnie inny. Mieszkałem w Leningradzie, mieście, które wydawało mi się centrum wszechświata. Miałem 22 lata i byłem beznadziejnie zakochany w literaturze niemieckiej.

Brzmi to jak okrutny żart losu, ale to prawda. Studiowałem na Wydziale Filologii. Oddychałem poezją Goethego i Schillera. Wierzyłem, że naród, który dał światu taką muzykę i taką filozofię, nie może być barbarzyński. Jakże się myliłem. Kiedy wybuchła wojna, mój świat nie zawalił się od razu.

Na początku była brovova, pewność szybkiego zwycięstwa, a potem pierścień się zamknął. Blokada Leningradu. Jeśli tam nie byłeś, nie zrozumiesz, czym jest cisza. Martwe miasto nie wydaje żadnych dźwięków. Ptaki zniknęły, zostały zjedzone. Koty i psy zniknęły jeszcze wcześniej. Pozostało tylko chrzęst śniegu pod stopami tych, którzy jeszcze mogli chodzić, i tykanie metronomu w radiu.

Pamiętam zimę 1941 roku. Razem z mamą gotowałyśmy zupę z kleju do tapet i skórzanych pasków mojego ojca. Pamiętam, jak siedziałam owinięta trzema kocami i czytałam Fausta w oryginalnej wersji przy świetle lampy naftowej, próbując zagłuszyć głód niemieckimi rymami. Język niemiecki był moją przystanią, moim sekretnym ogrodem.

Nie wiedziałem wtedy, że ta właśnie wiedza stanie się dla mnie przekleństwem, kołem ratunkowym i jednocześnie szubienicą. Matka zmarła w lutym 1942 roku. Po prostu się nie obudziła. Przez dwa dni leżałem obok niej, aby otrzymać jej rację chleba, 125 gramów życia. Nie wstydzę się tego. Wstyd jest pierwszą rzeczą, która zabija człowieka na długo przed tym, zanim go zabije.

Wiosną zostałem ewakuowany na wpół martwy przez jezioro Ładoga drogą życia. Ale wojna ma swoje plany. Nasz pociąg, który przewoził rannych i niedożywionych na tyły, został zbombardowany, a następnie otoczony. Nie pamiętam samego momentu schwytania. Pamiętam tylko szczekanie psów, czyjąś mowę, tę samą mowę, którą tak bardzo kochałem w książkach, ale która teraz brzmiała jak szczekanie karabinu maszynowego.

Przez długi czas jechaliśmy na zachód, bez końca. Jechaliśmy w wagonach do przewozu bydła, tak ciasno upchnięci, że zmarli stali obok żywych, ponieważ nie było miejsca, aby mogli upaść. W rogu znajdowało się wiadro, które po godzinie przepełniało się, a nieczystości rozlewały się po podłodze. Smród.

Kiedy zamykam oczy, wciąż czuję zapach nieumytych ciał, strachu, chorób i rozkładu. Dotarliśmy do miejsca, którego nie było na zwykłych mapach. Ravensbrück, obóz dla kobiet. Kiedy za nami zamknęły się bramy, zdałam sobie sprawę, że Leningrad był tylko preludium. Tutaj powietrze było inne. Pachniało intensywnym, słodkim dymem. Później dowiedzieliśmy się, jaki to był dym i skąd dochodził przez całą dobę.

Zostaliśmy wyładowani na plac defiladowy przy akompaniamencie okrzyków i szczekania psów. Schnell, schnell! – krzyczeli. Szybciej! Wszystko musiało być zrobione w biegu. Zaprowadzili nas do dużego pomieszczenia i kazali nam się całkowicie rozebrać. Wstyd był ostatnią rzeczą, którą nam odebrano wraz z ubraniami.

Setki kobiet stoją nago przed ubranymi mężczyznami w mundurach. Przestajesz być kobietą. Stajesz się kawałkiem mięsa, który trzeba zinwentaryzować. Ogolono nam głowy. Moje długie brązowe włosy spadły na mokrą betonową podłogę i czułam, jakby wraz z nimi odcięto mi pamięć. Potem była lodowata kąpiel i dezynfekcja, jakiś rodzaj palącego płynu, który powodował korozję skóry.

Dano nam pasiastą sukienkę z grubej tkaniny i drewniane klocki zamiast butów oraz numer. Przestałam być Iriną Petrovą. Stałam się numerem wyhaftowanym na trójkącie. Czerwony trójkąt ma znaczenie polityczne, ponieważ byłam obywatelką Związku Radzieckiego. Pierwsze miesiące były całkowitą mgłą bólu. Pracowaliśmy przy wyrównywaniu terenu, przenoszeniu kamieni i budowie dróg. Budziliśmy się o 4:00 rano.

Apeel – apel, który mógł trwać wiele godzin w przenikliwym bałtyckim wietrze. Jeśli ktoś upadł, bili go lub naszczuwali psy. Widziałem kobiety, które umierały tylko dlatego, że zabrakło im siły, by stać. Przeżyłem tylko dzięki młodości i dziwnemu hartowi, jaki dał mi głód w Leningradzie.

Moje ciało już wiedziało, jak funkcjonować bez jedzenia, ale mój umysł zaczął zawodzić. Zaczęłam zapominać twarze mojej rodziny, zapominać swoją przeszłość. Wokół była tylko brud, wszy, nieczystości i okrucieństwo. Strażniczki, które nazywaliśmy strażniczkami SS, były często gorsze od mężczyzn. Biły nas batami za krzywo zawiązany szalik, za spojrzenie, za zbyt wolne chodzenie.

Ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że człowiek się do tego przyzwyczajał. Po trzech miesiącach nie drżałem już na widok trupów ułożonych w stosy pod ścianą baraków. Patrzyłem tylko, czy mają lepsze buty ode mnie. To jest dehumanizacja. Wszystko zmieniło się w jeden szary listopadowy dzień 1943 roku.

Przydzielono mnie do ekipy sprzątającej budynki administracyjne. Praca pod dachem, w cieple, nawet przez kilka godzin, była uważana za szczęście. Myliśmy podłogi w korytarzach, starając się być niewidzialnymi cieniami. Klęczałem i szorowałem parkiet szczotką, kiedy otworzyły się drzwi jednego z biur. Wyszedł z niego oficer.

Był niezwykłym żołnierzem o surowej twarzy. Był to Obersturnführer Klaus, wysoki, wysportowany, o zimnym, ale inteligentnym spojrzeniu. Nie nosił bata, jak inni. Miał na sobie okulary w cienkich oprawkach. Przeszedł obok mnie, ale zatrzymał się, gdy zauważył, że zamarłam, patrząc na książkę, którą trzymał w ręku. Był to tom Heinego. Nie mogłam się powstrzymać.

Moje usta wyszeptały zdanie po niemiecku, które znałam na pamięć. To było szaleństwo. Mówienie bez pozwolenia oznacza śmierć. Ale szepnęłam. Zamarł i powoli odwrócił się w moją stronę. Skuliłam się w kłębek, spodziewając się, że kopnięcie uderzy mnie w twarz. Zamknęłam oczy i przygotowałam się na ból. Ale nie nastąpiło uderzenie. Zamiast tego usłyszałam cichy, spokojny głos.

Powtórz. Otworzyłem oczy. Patrzył na mnie nie jak na owada, ale jak na dziwny eksponat w muzeum. Powtórzyłem zdanie drżącym głosem, ale z doskonałą wymową, której nauczył mnie mój stary profesor na uniwersytecie. Klaus milczał przez długą minutę, po czym zapytał: „Skąd rosyjska świnia zna język poetów?”. Odpowiedziałem, patrząc na podłogę.

„Studiowałem germanistykę w Leningradzie”. Zachichotał, poprawił okulary i powiedział do naczelnika: „Ta jest dla mnie, do mojego osobistego użytku. Będzie sprzątać moje biuro i mieszkanie”. Tak zaczęło się moje uprzywilejowane życie. I tak zaczęło się moje prawdziwe piekło. Przeniesiono mnie ze zwykłego, przepełnionego baraku do małej komórki w pobliżu bloku administracyjnego.

Było to maleńkie, pozbawione okien pomieszczenie, w którym przechowywano wiadra i mopy. Ale było tam ciepło, nie było żadnego zapachu, nie czuć było gnijących ciał, tylko zapach wybielacza i starego drewna. Tego pierwszego wieczoru Klaus kazał mi umyć się nie w lodowatej wspólnej łazience, ale w łazience w swoim mieszkaniu służbowym.

Dał mi kostkę prawdziwego mydła. Nie wyobrażacie sobie, jak pachnie lawendowe mydło dla kogoś, kto przez rok żył w brudzie. To zapach, który przyprawia o zawrót głowy. Dał mi ubrania, nie pasiastą szatę, ale prostą szarą sukienkę i wełniany sweter. Były to rzeczy zamordowanych kobiet. Wiedziałam o tym.

Wewnątrz sukienki znajdowała się mała metka z żydowskim imieniem, ale ja ją założyłam. Założyłam ją, ponieważ była ciepła. I w tym momencie po raz pierwszy poczułam zdradę. Moja skóra cieszyła się z miękkiej wełny. Tymczasem za murem, 100 metrów ode mnie, moi rodacy zamarzali na śmierć podczas wieczornego apelu.

Klaus nie chciał tylko sprzątaczki. Potrzebował zabawki, ale nie do łóżka. Przynajmniej nie od razu. Potrzebował publiczności. On, ten wykształcony zabójca, czuł się samotny wśród swoich szorstkich kolegów, którzy umieli tylko pić sznaps i strzelać. Potrzebował kogoś, kto doceniłby jego delikatną psychikę. Tego pierwszego wieczoru posadził mnie na krześle, naprawdę miękkim krześle, i nalał mi filiżankę herbaty.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *