Homoseksualny mężczyzna przebywający w więzieniu zaoferował swoje ciało, aby przetrwać do Bożego Narodzenia, a niemiecki generał rozkazał mu…

Lyon, Francja, 14 stycznia 2003 r. Starszy mężczyzna zmarł samotnie w swoim mieszkaniu. Nazywał się Lucien Carpentier i miał 82 lata. Nie miał rodziny, przyjaciół ani osób odwiedzających go od lat. Kiedy strażacy, zaalarmowani zapachem, wyłamali drzwi, znaleźli puste mieszkanie. Nie było żadnych zdjęć, pamiątek, nic na ścianach, z wyjątkiem notesu. Czarnego notesu leżącego na stoliku nocnym obok ciała. Pierwsza strona zawierała instrukcję dla osoby, która znalazła notes: „Przeczytaj to, opublikuj. Nie miałem odwagi mówić, kiedy żyłem; być może moja śmierć da mi tę odwagę”. Strażak, który go znalazł, otworzył notes. Przeczytał pierwsze zdanie opowiadania i musiał usiąść.

Oto, co zawierał ten notes: „To nie jest opowieść o odwadze, to nie jest opowieść o oporze, to wyznanie. Historia człowieka, który zrobił coś niewyobrażalnego, aby przeżyć, i który przez 60 lat zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby umrzeć. Nazywam się Lucien Carpentier. Miałem 23 lata, kiedy mnie zabrali. Dzisiaj mam 82 lata. Przez 59 lat skrywałem tę tajemnicę. Przez 59 lat budziłem się każdej nocy zlany potem, mając przed oczami tę samą twarz: twarz mężczyzny, którego zabiłem. Ale wyprzedzam fakty, muszę zacząć od początku, od paktu”.

Ravensbrück, listopad 1944 r. Nie powinienem był trafić do Ravensbrück. Był to przede wszystkim obóz dla kobiet, ale wysyłano tam również niektórych mężczyzn – tych z różowymi trójkątami, homoseksualistów. Być może uznano za stosowne umieścić nas wśród kobiet, ponieważ nie byliśmy „prawdziwymi mężczyznami”. Byłem tam już cztery miesiące, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie przeżyję zimy. Czerwonka całkowicie mnie wyczerpała. Ważyłem może 40 kg, a moje kości wystawały spod skóry jak gałęzie martwego drzewa. Każdego ranka zastanawiałem się, czy będę miał siłę, aby wstać, i każdego ranka wstawałem, ponieważ nie wstawanie oznaczało śmierć. Ale wiedziałem, w głębi duszy wiedziałem, że grudzień lub styczeń mnie zabiją. Nie doczekam wiosny.

A potem spotkałem generała. Nazywał się Otto Brenner. Nie był komendantem obozu, tylko przeprowadzał rutynową kontrolę. Ale kiedy przechodził obok naszych baraków, coś mu się rzuciło w oczy – zauważył mnie. Nie wiem dlaczego. Być może miałem w sobie coś, co pozostało po tym, kim kiedyś byłem. Kiedyś byłem przystojny, zanim pojawił się głód, zanim zaczęły się bicie, zanim wszystko się zmieniło. Zatrzymał się i spojrzał na mnie. „Tego”, powiedział do swojego sierżanta, „przyprowadź mi go dziś wieczorem”.

Tego wieczoru po raz pierwszy od miesięcy umyłem się ciepłą wodą i mydłem. Dostałem nawet czyste ubrania – nie pasiastą mundurkę, ale cywilne ubrania. Nie rozumiałem tego, ale nie zadawałem żadnych pytań. W obozie uczysz się tylko jednej rzeczy: nigdy nie zadawaj pytań. Zaprowadzono mnie do budynku administracyjnego, do pokoju ogrzewanego kominkiem, z dywanami na podłodze, fotelami i generałem, który siedział i czekał na mnie. „Usiądź” – powiedział. Usiadłem, trzęsąc się rękami. „Jesteś głodny?” Skinąłem głową; zawsze byłem głodny. Skinął ręką, a strażnik przyniósł tacę z mięsem, chlebem i winem. Od miesięcy nie widziałem prawdziwego jedzenia. Sam zapach przyprawiał mnie o zawrót głowy. „Jedz” – powiedział. Jadłem jak zwierzę, bez godności, bez umiaru. Jadłem, aż bolał mnie brzuch.

Przez cały ten czas patrzył na mnie bez słowa, po prostu patrzył. Kiedy skończyłam, odezwał się. „Wiesz, dlaczego tu jesteś?” To nie było pytanie. „Tak” – szepnęłam. „A wiesz, czego chcę?” „Tak”. „Będziesz się opierać, krzyczeć, udawać obrażoną?” Spojrzałam na niego, na tego mężczyznę w mundurze, z medalami i absolutną władzą. „Nie”, powiedziałam, „nie będę się opierać”. „Dlaczego?” – pomyślałam. Dlaczego? Ponieważ opór był bezcelowy, ponieważ byłam zbyt słaba, ponieważ już dawno porzuciłam wszelką godność. „Ponieważ chcę żyć”, powiedziałam w końcu. „To wszystko, chcę żyć”.

Uśmiechnął się. Nie był to okrutny uśmiech, ale zadowolony, szczery. „Cenię sobie szczerość”. Wstał i podszedł bliżej do mnie. „Zaproponuję ci układ, Francuzie, pakt”. „Jaki pakt?” „Za każdym razem, gdy cię wezwę, dasz mi wszystko, czego zapragnę, bez oporu, bez łez, bez narzekań. W zamian” – przerwał – „w zamian będziesz żył. Będę cię chronił przed głodem, zimnem, strażnikami. Będziesz miał jedzenie, ciepłe ubrania, łóżko”. „Do kiedy?” Wzruszył ramionami. „Do czasu, aż odejdę lub przestaniesz mnie interesować”. Zamknąłem oczy. Pakt z diabłem, dokładnie tak. „A jeśli odmówię?” „Wtedy wrócisz do swojej baraki i umrzesz przed Bożym Narodzeniem, jak wszyscy inni”.

Do Bożego Narodzenia pozostało sześć tygodni. Sześć tygodni, czyli wieczność w tym miejscu. Pomyślałem o mojej matce, o ostatnich słowach, które mi powiedziała w dniu mojego aresztowania: „Wróć do mnie, obiecaj mi, że wrócisz”. Obiecałem. „Dobrze”, powiedziałem, „zgadzam się”.

Nie będę szczegółowo opisywać kolejnych tygodni. To, co mi zrobił, nie jest ważne. Ważne jest to, kim się stałem: przedmiotem, rzeczą, czymś, czego można użyć, a potem odłożyć. Ale byłem żywą istotą i tylko to się liczyło. Brenner dotrzymał obietnicy. Miałem jedzenie, niewiele, ale wystarczająco. Miałam ciepłe ubrania. Miałam kącik w baraku zarezerwowanym dla uprzywilejowanych, tych, którzy byli w jakiś sposób przydatni. Dwa lub trzy razy w tygodniu przychodzili po mnie, zabierali mnie do niego, a ja robiłam to, czego chciał. Nie będę opisywać, czego chciał; niektóre rzeczy muszą pozostać w cieniu.

Opiszę teraz, jak patrzyli na mnie inni więźniowie. Oni wiedzieli. Wszyscy wiedzieli; w obozie nie ma tajemnic. „Dziwka generała” – szepczeli, gdy przechodziłem obok. „Spójrzcie na niego, sprzedaje swój tyłek za kawałek chleba”. Mieli rację; dokładnie to robiłem. I nie obchodziło mnie to. Nie zabiła mnie ich pogarda, zabił mnie głód.

W mojej barakowej celi był jeszcze jeden różowy trójkąt; nazywał się Marcel. Był w moim wieku, miał 23 lata. Pochodził z Bordeaux; wcześniej był pianistą. Teraz miał zniszczone ręce, złamane przez strażnika dla zabawy. Nigdy więcej nie zagrał. Marcel patrzył na mnie oczami, których nigdy nie zapomnę. Nie były to oczy pogardy, ale litości. „Jak ty to robisz?” – zapytał mnie pewnego wieczoru. „Jak robię co?” „Jak znosisz to wszystko? Jak patrzysz na siebie w lustrze?” „Wiesz przecież, że tu nie ma luster”. „Wiesz, o co mi chodzi”. Położyłem się na pryczy. Drewniany sufit był pokryty wilgotnymi plamami i krwią. „Nie sądzę” – odpowiedziałem. „Kiedy jestem z nim, przenoszę się myślami gdzie indziej. Myślę o mojej matce, naszym domu, ogrodzie. A kiedy to się kończy, zapominam”. „Zapominasz?” „Wymazuję to, jakby mi się to nie przydarzyło, jakby przydarzyło się komuś innemu”.

Marcel długo nic nie mówił. „Nie mogłem” – w końcu wyszeptał. „Kiedy mi to zaproponowali, odmówiłem”. „Dlaczego?”. „Bo wolę umrzeć, niż…”. Nie dokończył zdania. „Umrzesz, Marcel” – powiedziałam bez okrucieństwa, po prostu stwierdzając fakt. „Przed Bożym Narodzeniem nie będzie cię już wśród żywych”. „Wiem”. „A ja będę żyła”. „Wiem”. Odwrócił się twarzą do ściany. „Ale czy nadal będziesz sobą?”. Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam.

Marcel zmarł 12 grudnia. Znalazłem go rano w jego koi, z otwartymi oczami, wpatrującym się w sufit. Nie oddychał. Nie wiem, co było przyczyną jego śmierci: głód, zimno, choroba, rozpacz? Czy to miało znaczenie? Zamknąłem mu oczy. Wziąłem jedyną rzecz, jaką posiadał – guzik ze starego garnituru, który zachował na pamiątkę. Włożyłem go do kieszeni i wróciłem do swojego życia, do walki o przetrwanie.

Zbliżało się Boże Narodzenie. W obozie panowała dziwna atmosfera. Strażnicy dekorowali swoje kwatery, a czasami z budynków administracyjnych dochodziły kolędy. Więźniowie nie świętowali niczego. Dla nas Boże Narodzenie było kolejnym dniem, kolejnym dniem walki o przetrwanie. Ale dla mnie było inaczej. Boże Narodzenie było metą, celem, który sobie wyznaczyłem. Jeśli przeżyję do Bożego Narodzenia, to może… może co? Nie wiedziałem. Być może nic, ale potrzebowałem celu, powodu, aby dalej walczyć.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *