Marzec 1943 r., Aub. Mroźna zima. Moja mama była w kuchni, kiedy usłyszeliśmy ostre, metaliczne, stanowcze uderzenia. Mój ojciec otworzył drzwi. Trzech niemieckich żołnierzy w nienagannych mundurach, z niewzruszonymi twarzami. Jeden z nich trzymał listę. Przeczytał moje imię. Thérèse Duallon, 19 lat. Niezamężna. Chodź z nami.
Żadnych wyjaśnień, nie było czasu na pytania. Moja matka próbowała złapać mnie za ramię. Została odepchnięta do ściany. Mój ojciec zrobił krok do przodu. Kolbą karabinu uderzono go w twarz. Upadł. Z nosa płynęła mu krew. Krzyczałem, ale oni już wyciągali mnie na zewnątrz. Ciężarówka czekała na ulicy, z rozłożoną plandeką i włączonym silnikiem.
W środku były inne kobiety. Niektóre z nich rozpoznałam. Młode, w większości w wieku od 16 do 25 lat, siedziały na drewnianych ławkach z szeroko otwartymi oczami i płytkim oddechem. Nikt nie mówił, nikt nie rozumiał. Gdyby ktoś zapytał mnie w tym momencie, co się dzieje, nie wiedziałabym, jak odpowiedzieć. Myślałam, że to pomyłka.
Myślałem, że nas uwolnią. Myślałem, że przed świtem będę w domu. Myliłem się. Jechaliśmy godzinami. W ciężarówce było strasznie zimno. Nie mieliśmy żadnych okryć, nie mieliśmy wody. Słychać było tylko odgłos silnika, czuć zapach oleju napędowego i narastający strach między nami. Niektórzy cicho płakali, inni modlili się. Ja po prostu patrzyłem na swoje ręce. Drżały.
Nie mogłem ich powstrzymać. Kiedy ciężarówka w końcu się zatrzymała, było już jasno. Zabrano nas do miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Kompleks otoczony drutem kolczastym, wieżami strażniczymi, uzbrojonymi strażnikami wszędzie, długimi szarymi barakami ustawionymi w rzędzie jak trumny. Przy bramie widniał napis w języku niemieckim. Nie potrafiłam go odczytać, ale jedna z kobiet stojących obok mnie, która znała niemiecki, przetłumaczyła mi go szeptem: „Obóz pracy dla kobiet, strefa kontroli wojskowej, praca”.
„ To słowo wydawało się niemal uspokajające. Pomyślałem: „Pójdziemy do pracy, wrócimy do domu, to minie”. Ale kiedy przeszliśmy przez bramę, zobaczyłem coś, co zmroziło mnie do szpiku kości. Kobiety, setki kobiet, wychudzone, brudne, z pustym spojrzeniem, poruszające się jak cienie między barakami. Niektóre niosły wiadra, inne prały ubrania w ogromnych basenach z brudną wodą.
Jednak najbardziej przerażała mnie nie praca, ale cisza. Nikt nie rozmawiał, nikt nie patrzył na nas, nowo przybyłych, jakby już wszystko wiedzieli, jakby zrezygnowali z ostrzegania nas. Zabrano nas do baraków, w których odbywały się rejestracje. W środku wysoki, blond, nienagannie ubrany niemiecki oficer obserwował nas, podczas gdy dwóch asystentów zapisywało nasze nazwiska, wiek i miasta pochodzenia.
Nie rozmawiała z nami. Patrzyła na nas z pewnego rodzaju zmęczoną litością, jakby już wiedziała, co nas czeka. Próbowałem porozmawiać z kobietą na pryczy poniżej mojej. Nazywała się Marguerite. Miała 34 lata, była nauczycielką w Lyonie, aresztowaną za ukrywanie dokumentów ruchu oporu. Spojrzała na mnie zapadniętymi oczami z ciemnymi cieniami i po prostu powiedziała: „Nie zadawaj pytań, rób, co ci każą, i módl się, żeby nie zauważył twojej twarzy”.
„Nie rozumiałem, jeszcze nie. Następnego dnia rano o 5:00 obudził nas dźwięk syreny, przenikliwy i nie do zniesienia. Kazano nam wyjść na zewnątrz i ustawić się w szeregu na centralnym dziedzińcu. Było jeszcze ciemno. Zimno gryzło skórę. Staliśmy boso w zamarzniętym błocie. Niemiecki oficer policzył nas raz, dwa razy, a potem wydał rozkaz.
Strażnicy zaczęli rozdzielać kobiety. Nie było to przypadkowe. Patrzyli na nasze twarze, nasze ciała. Wskazywali na prawo, na lewo, najmłodsze na prawo, najstarsze na lewo. Mnie skierowano na prawo. Zabrano nas do innego budynku, mniejszego i czystszego. W środku stały rzędy krzeseł, stół z instrumentami, strzykawkami i fiolkami.
Czekała na nas niemiecka pielęgniarka. Zbadała nas jednego po drugim, mierząc nasz wzrost, ważąc nas, oglądając nasze zęby, ręce, stopy i zapisując wszystko. Następnie wstrzyknęła nam coś, przezroczysty płyn. Czułem, jakby moje ramię płonęło. Zapytałem, co to było. Nie odpowiedziała. Później francuski więzień, który pracował jako tłumacz, szepnął mi do ucha.
Sprawdza, czy jesteś zdrowy, czy jesteś w stanie wytrzymać. Wytrzymać co? Nadal nie rozumiałem. Ale tego wieczoru, kiedy wracaliśmy do baraków, usłyszałem krzyki, wysokie, przerażone krzyki kobiety dochodzące z odizolowanego budynku na tyłach obozu, budynku bez okien, stale strzeżonego.
Marguerite pociągnęła mnie za ramię. Nie patrz, nie zadawaj pytań. Ale i tak spojrzałem i zobaczyłem młodą kobietę niewiele starszą ode mnie, wychodzącą z tego budynku podtrzymywaną przez dwóch strażników. Nie udało się. Była ciągnięta. Jej nogi nie były już w stanie jej utrzymać. Jego twarz była blada. Jej usta drżały. Jego oczy. Jego oczy były puste. Rozpoznałem go.
Przyjechała ze mną tą samą ciężarówką. Nazywała się Lucy. Miała dziesięć lat. Nigdy nie zapomnę tego, co widziałem tego wieczoru na jej twarzy. To nie był ból. To było coś gorszego, coś, czego nie da się opisać słowami. Wtedy zrozumiałem. Ten obóz nie był obozem pracy, był czymś innym. Coś, o czym nikt nie mówił, coś, o czym nie wspominają podręczniki historii.
W kolejnych dniach starałem się zrozumieć, pozostać niewidzialnym, nie zwracać na siebie uwagi. Jednak w tym obozie niewidzialność nie istniała, zwłaszcza dla młodych ludzi. Każdego ranka odbywał się ten sam rytuał: pobudka o 5 rano, apel na dziedzińcu, rozdzielenie. Starsi odchodzili do pracy, szyli mundury, prali ubrania, sortowali sprzęt.