Wrzesień 1991 roku wkroczył do klasy nie ze złotymi liśćmi, ale z zapachem wilgotnego wapna i tanich papierosów „Prima”, który wiał z otwartych okien. Szkoła numer dwanaście stała na obrzeżach przemysłowego miasteczka, przesiąkniętego dymem z odlewni i niepokojem pustych lad. Klasa dziesiąta „A” brzęczała jak wzburzony ul. Klasa maturalna, elita, „królowie” dzielnicy – już dawno przyzwyczaili się do anarchii. Poprzednia „literatka”, stara Rufina Lwowna, uciekła od nich w połowie ubiegłego roku, trzaskając drzwiami i obiecując, że nigdy więcej nie postawi stopy w tym wężowym gnieździe.
Dlatego też, gdy do klasy wkroczył szybkim, nerwowym krokiem dyrektor Wiktor Stepanowicz (zwany „Gračem”), nikt nie zamilkł. Uczniowie nadal hałasowali, grali w karty na tylnej ławce i dyskutowali, kto ma dziś „strzałkę” za garażami.
— Cicho! — warknął Grach, uderzając dłonią w stół tak, że echo rozbrzmiało pod sufitem. — Do kogo to mówię, cisza!
Szmer nieco ucichł, ustępując miejsca pełnej nieufności uwadze. Za plecami dyrektora, w progu drzwi, stała postać. Kiedy wyszła na światło dzienne, po rzędach najpierw przetoczył się westchnienie zdziwienia, a potem – głośny gwizd.
To była dziewczyna. A raczej nastolatka. Wyglądała na nie więcej niż osiemnaście lat. Szczupła, niskiego wzrostu, ubrana w surową szarą sukienkę, która wisiała na niej jak na wieszaku, oraz w okulary z cienką metalową oprawką. Jasnobrązowe włosy miała upięte w luźny kok z tyłu głowy. W rękach ściskała zniszczoną teczkę, jakby była to koło ratunkowe.
— Poznajcie — rzekł sucho dyrektor, poprawiając krawat. — Wasza nowa nauczycielka języka rosyjskiego i literatury. Nazywa się Vera Andriejewna. Proszę o życzliwość i szacunek. A jeśli dowiem się, że ją doprowadziliście do szału… osobiście przyjdę i każdemu…
Nie dokończył zdania, machnął ręką i szybko wyszedł, pozostawiając dziewczynę samą w obliczu trzydziestu wygłodniałych spojrzeń.
Wiera Andriejewna podeszła do tablicy. Pod stopami nie było okruchów kredy, ale wydawało jej się, że stąpa po potłuczonym szkle.
— Witam — powiedziała cicho. Jej głos okazał się nieoczekiwanie niski i głęboki, zupełnie nie pasujący do jej drobnej postury. — Nazywam się Vera Andriejewna. Mam nadzieję, że znajdziemy wspólny język.
Z ostatniej ławki, z nogami w tenisówkach „Adidas” opartymi na sąsiednim krześle, wstał. Dimon. Dmitrij Sotnikow. Lokalny rozrabiaka, syn spółdzielcy, który nagle wzbogacił się na odsprzedaży tureckich towarów masowego użytku. Chłopak o bezczelnych, nieco zaspanych oczach i lekkim zarostem na ostrych kościach policzkowych. Miał na sobie malinową marynarkę — symbol epoki i statusu, której noszenie w szkole było zabronione, ale on miał to gdzieś.
— Wiera Andriejewna — wyciągnął każdą sylabę, a klasa posłusznie zachichotała. — A ile pani ma lat? Uciekła pani może z przedszkola?
Poprawiła okulary i przez chwilę jej wzrok stał się nieobecny, jakby nie patrzyła na Dimona, lecz gdzieś przez ścianę, w odległą przeszłość.
— Mam wystarczająco dużo lat, żeby uczyć cię literatury — odparła spokojnie. — Proszę, usiądź na swoim miejscu. Mamy lekcję.
— A ja i tak tu siedzę — Dimon zeskoczył ze krzesła, ale nie usiadł. Zamiast tego usiadł prosto na pokrywie ławki, twarzą do klasy. — I wiecie co, nie potrzebuję niani. Z dzieciństwem już skończyłem.
W klasie rozległ się gromki śmiech. Kumple Dimona — Tołik „Knofka” i Wićek „Sztyr” — wydali z siebie przychylne pomruki.
Wiera Andriejewna milczała. Stała przy tablicy, ściskając kredę w smukłych palcach. Pauza się przedłużała. Nie była to ta histeryczna pauza, kiedy człowiek nie wie, co powiedzieć. Była to cisza drapieżnika przed skokiem. Ale w 1991 roku dzieci nie wiedziały, jak wygląda powstrzymywana siła. Przyzwyczaiły się, że słabi płaczą, silni biją, a nauczyciele skarżą się dyrektorowi. Ten człowiek milczał inaczej.
— No dobrze, Sotnikow — powiedziała w końcu, a jej głos zabrzmiał nieco metalicznie. — Skoro pan wszystko wie, może poprowadzi pan lekcję zamiast mnie?
Dimon uśmiechnął się szeroko. Uwielbiał publiczność.
— To proste! Co tu mam opowiadać? Wierszyki Puszkinowe? „Mróz i słońce, cudowny dzień”… Nuda. Porozmawiajmy lepiej o życiu, Wero Andriejewna. A czy ma pani chłopaka?
Zdjęła okulary i delikatnie położyła je na krawędzi biurka nauczycielskiego. Bez okularów jej twarz wydawała się starsza i bardziej surowa. W oczach, które teraz były wyraźnie widoczne, malował się jakiś głęboki, od dawna tkwiący smutek, zmieszany z lodowatym chłodem.
— Proszę usiąść — powtórzyła. Tym razem nie brzmiało to jak prośba, lecz jak rozkaz wydany przez kogoś, kto nie ma w zwyczaju powtarzać się.
Dimon, sam tego nie spodziewając się, zsunął się z ławki. Coś w jej tonie zniweczyło jego buntowniczy nastrój. W klasie na chwilę zapadła cisza. Ale natychmiast opanował się, głośno zatrzasnął składane oparcie krzesła i rozsiadł się wygodnie, dając do zrozumienia całym swoim zachowaniem, że po prostu tak postanowił, a nie że się podporządkował.
Zajęcia się rozpoczęły. To była prawdziwa tortura. Vera Andriejewna opowiadała o Srebrnym Wieku, o Blokiem i Gumielewie, ale jej słowa ginęły w gwarze, szeptach i chichotach. W jej stronę leciały papierowe kulki, Knopka puszczał śliskie bańki z gumy do żucia, a Wietek demonstracyjnie zapalił papierosa przy otwartym oknie. Ona robiła uwagi spokojnie, niemal obojętnie, zapisując temat na tablicy. Kreda w jej dłoni nie drżała. To irytowało Dymona najbardziej. Przyzwyczaił się do strachu, łez, krzyków. A tu – ściana.
Pięć minut przed dzwonkiem zdecydował się na ostatni akord. Wyjął z teczki pistolety i kiedy Vera Andriejewna odwróciła się w stronę tablicy, z impetem rzucił nimi o podłogę. Huk przerwał ciszę. Dziewczynki siedzące w pierwszych ławkach pisnęły.
Nauczycielka powoli się odwróciła. Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień. Spojrzała na Dimona i nagle wydawało mu się, że w klasie zrobiło się nagle o wiele chłodniej. Takiego spojrzenia nie widział u nikogo — ani u ojca, gdy ten załatwiał sprawy z kumplami, ani u lokalnych chuliganów. Było to spojrzenie człowieka, który widział coś strasznego. Coś nieporównywalnego z pistoletami i chłopięcym chuligaństwem.
— Lekcja się skończyła — powiedziała, gdy zabrzmiał dzwonek. — Proszę przeczytać do następnego razu „Granatową bransoletkę”.
Zebrała swoje rzeczy i wyszła, wyprostowana jak struna.
— Zepsuje się — rzucił za nią Dimon. — Za tydzień ucieknie, tak jak Rufina. Wojna dopiero się zaczęła.
Rozdział 2. Oblężenie
Minęły dwa tygodnie. Wojna wypowiedziana przez Dymona toczyła się z zmiennym powodzeniem. A raczej tylko on odnosił sukcesy. Wiera Andriejewna znosiła to z cierpliwością.
W poniedziałek usiadła na spinaczu biurowym. Klasa zamarła, czekając na krzyk. Spokojnie wstała, zdjęła spinacz ze spódnicy, położyła go na stole i powiedziała: „Sotnikow, twoje metody są przestarzałe. Nie boli mnie”.
We wtorek zaginął jej dziennik. Nie wezwała wicedyrektora, tylko po prostu wyjęła notes i powiedziała: „No cóż, sama będę robić notatki. Przy okazji zobaczę, na co was stać bez formalnych ocen”.
W środę Dymona wezwano do dyrektora, ale wyszedł stamtąd po pięciu minutach z triumfalnym uśmiechem: „Grach powiedział, że to nie ja. Nie ma przecież dowodów!”.
A w piątek zagrali va-bank.
Nastąpiła wielka zmiana. Vera Andriejewna weszła do pomieszczenia laboratoryjnego — maleńkiej komórki z chemikaliami i regałami z książkami — aby zabrać materiały do rozdania. Ledwie drzwi się za nią zamknęły, jak Witek „Sztyr” z zewnątrz wsunął mop w klamkę, skutecznie blokując wyjście.
— Hej, pani nauczycielko, odpoczywaj! — ryknął. — Mamy WF, idziemy!
W korytarzu rozległ się gromki śmiech. W pomieszczeniu laboratoryjnym panowała całkowita ciemność — nie było ani okien, ani żarówki. Dimon własnoręcznie ją wykręcił tego ranka. Stał i czekał. Najpierw pojawi się zdziwienie, potem strach, a potem zacznie walić w drzwi, płakać, wołać o pomoc. A oni to nagrają nową kamerą ojca. To będzie dopiero śmiechu!
Minęła minuta. Cisza.
Dwie minuty. Ani stuknięcia, ani dźwięku.
— Hej, Wero Andriejewna, żyje pani tam? — zawołał Dimon, przyciskając ucho do dziurki od klucza. Chciał usłyszeć choćby szloch.
Zza drzwi dobiegł zupełnie spokojny, nieco stłumiony głos:
— Dmitriju, otwórz drzwi. Proszę cię o to.
— A co z tego? — czuł, jak adrenalina uderza mu do głowy. — Pójdziesz poskarżyć się tacie?
W odpowiedzi zza drzwi dobiegł odgłos, który sprawił, że Dimon poczuł dreszcz w piersi. Nie było to stukanie pięściami ani histeria. Było to metodyczne, ciężkie uderzenie, od którego ościeżnica zaskrzypiała żałośnie. Jakby po drugiej stronie nie stała szczupła dziewczyna, a mężczyzna ważący ponad sto kilogramów. Uderzenie powtórzyło się. Mop pękł. Drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że Wietek odleciał na ścianę.