Przez większość mojego życia byłem sam i w pewnym momencie straciłem wiarę w to, że uda mi się znaleźć kobietę godną zostania moją żoną. Moje życie było kompletną rutyną: praca w dni powszednie, wyjazd do domu na wsi w weekendy.
Miałem malutką działkę z małym ogródkiem warzywnym, gdzie po prostu miło było uprawiać własną marchewkę i koperek albo zrywać czereśnie i jabłka z drzew, zamiast kupować wszystko w sklepie. Miałem tam sąsiadkę, z którą się witaliśmy i grzecznie pytaliśmy, co u nas słychać, ale niewiele rozmawialiśmy. Nie spojrzałabym w jej stronę, gdyby pewnego dnia, gdy byłem w domku, jacyś chłopcy nie wybili jej okna. Krzyczała tak głośno, że podbiegłem pomóc, myśląc, że złodzieje włamali się do środka.
Posprzątaliśmy i wypiliśmy razem herbatę, zaczęliśmy rozmawiać o życiu, zrozumieliśmy, że mamy wspólne tematy do rozmów i z czasem zaczęliśmy spędzać razem każdy weekend. Ona jako pierwsza zaproponowała, żebyśmy się oficjalnie spotkali i jako pierwsza zaproponowała małżeństwo.
Byłem za tym, wierzyłem, że z nią mogę budować swoje szczęście. Nie sądziłem, że po prostu zdobywa moje zaufanie, żeby przeprowadzić się do mieszkania w mieście. Wcześniej była taka oszczędna, robiła dla mnie wszystko, mówiła jak bardzo mnie kocha, ale potem przeszła na emeryturę, zamieszkała ze mną i to było to – zero miłości.
Leży na kanapie całymi dniami i nocami, czeka aż zrobię jej śniadanie do łóżka, rozpieszczam ją wyjściami do kawiarni po pracy, a ona oszczędza swoją emeryturę, bo skoro nie ma własnych dzieci, to będzie rozpieszczać siostrzeńców.
Czy to źle, że czuję się oszukany? Liczyłem na prawdziwy związek i miłość, ale moje uczucia są jednostronne. Żona jest dla mnie ciepła tylko wtedy, gdy zrobię dla niej coś szczególnego… Co dalej?