Przyjęliśmy do siebie dziewczynkę, która zrujnowała naszą szczęśliwą rodzinę

Kiedyś w mojej klasie był chłopiec z domu dziecka, który płakał ze szczęścia, gdy jego przybrani rodzice przyszli na koncert, w którym uczestniczył, i który był szczęśliwy, że ma to, co większość – rodzinę. Mając dwadzieścia lat postanowiłem, że po ślubie na pewno wezmę do siebie dziecko z domu dziecka. I tak też się stało. Moja ukochana też tego chciała. Po paru latach, mając już jakąś stabilizację wzięliśmy pierwsze dziecko, które nam zaproponowano. Okazało się, że jest nim czteroletnia Monika.

Od pierwszego dnia jej pobytu w naszej rodzinie staraliśmy się zrobić dla niej wszystko. Miała swój własny pokój, swoje zabawki, prezenty i wycieczki. Mieliśmy już jednego biologicznego syna, który traktował Monikę jak własną siostrę, ale ona wiedziała, że jest adoptowana. Od szóstego roku życia, kiedy rozpoczęła naukę w szkole, zaczęła mieć jakieś ataki agresji, a praca z psychologiem dziecięcym nie pomogła. Monika miała problem z nauką i socjalizacją z innymi dziećmi, zaczęła też celowo psuć rzeczy naszemu synowi, albo bez pytania zabierała rzeczy z jego pokoju. Mój syn miał pretensje, że nawet nie karzemy Moniki za jej złe zachowanie i stopniowo oddalał się od nas. Było to nam na rękę, byliśmy zbyt skupieni na Monice i przegapiliśmy naszego syna.

Dziewczyna ledwo dotrwała do ósmej klasy i potem zajęła się fryzjerstwem, bo jej oceny nie pozwalały na więcej. Zaczęła umawiać się z chłopakami i przyprowadzać ich do naszego domu. Mojej żonie bardzo się to nie podobało, kłóciła się z córką, a kiedy Monika przyszła z wiadomością, że spodziewa się dziecka, kazała jej dokonać aborcji. Żona chciała, żebym ją wspierał, ale ja byłem przeciwny takiemu sposobowi pozbywania się dziecka, zresztą – nie po to adoptowaliśmy Monikę, żeby odbierać życie innemu dziecku.

Przez Monikę odeszła ode mnie żona, nie chcąc zostać babcią w tak młodym wieku. Mój najstarszy syn też odszedł, a ja zostałem sam z adoptowaną córką i wnuczką… Moja rodzina jest całkowicie zniszczona i nie mogę za to winić nikogo poza sobą.

Chciałem zrobić dobry uczynek adoptując dziecko z sierocińca, ale skończyło się na tym, że sprowadziłem na siebie tyle kłopotów.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *