Ze szkoły biegłam do domu z torbą pasztecików. Sara ze stołówki robi po prostu boskie paszteciki z kurczaka, mięso jest pachnące i pyszne, bardzo miękkie i soczyste. Choćbym nie wiem jak się starała zrobić coś podobnego, nawet według jej przepisu, nie potrafię. Nasze kucharki to jakieś magiczki, całe grono pedagogiczne uwielbia jeść na stołówce.
Byłam już niedaleko od swojego wejścia, gdy usłyszałam ciche miauczenie. Generalnie nie mamy podwórkowych kotów, czy są gdzieś zabierane, czy po prostu gonione, ale w naszej okolicy spotkać bezdomne zwierzę to rzadkość. Zaczęłam się rozglądać. Brudnobiały kotek leżał na brzuszku przy rurze spustowej, ale kiedy zorientował się, że do niego podchodzę wstał, patrząc na mnie wielkimi niebieskimi oczami.
W pierwszej chwili byłam zdezorientowana, bo nie miałam ze sobą nic odpowiedniego i jadalnego, ale przypomniałam sobie o pasztecikach. Odkładając torbę na ławkę, wyciągnęłam woreczek, wyjęłam jeden z pasztecików i przełamałam go na pół. Zapach mięsa zapraszał. Kotek podniósł się na tylnych łapkach, prosząc. Z wielkim apetytem rzucił się na mięso, pożerając je bardzo szybko, a ja wciąż mu podrzucałam i podrzucałam, dałam mu cały farsz.
– Dziewczyno!!! – odezwał się głos, który odbił się echem nad moją głową.
Spojrzałam w górę, by na jednym z balkonów zobaczyć bardzo niezadowoloną babcię. Wieszała pranie i musiała widzieć, jak karmię bezpańskiego kota. Spodziewałam się, że zbeszta mnie za to, że go dokarmiam.
– Przynieś mu trochę wody – powiedziała babcia. – Wody!
– Ach… Byłam zdezorientowana. – Nie mam żadnej wody.
– W takim razie ja przyniosę.
Kotek zjadał trzeciego pasztecika, gdy babcia wyniosła miskę z wodą i miskę z mlekiem. Uśmiechnęła się, gdy kot skończył i poszedł prosto po mleko.
– Skąd się wziął taki przystojniak? – zastanawiała się, siadając na ławce obok mnie.
Nie czułam się komfortowo, siedząc tak po prostu obok niej, więc podałam jej torbę z pasztecikami.
– Czy ma pani zwierzęta? – zapytała, z radością biorąc jednego.
– Nie. Matka zabraniała mi od dziecka, więc jakoś nie miałam odwagi, mimo że jestem dorosła – wyznałam, wciąż patrząc na kotka, który się wylizywał.
– Mieszkasz w pobliżu?
– Tak, mieszkam obok.
– Ech, przyjęłabym go z przyjemnością, ale mam małe wnuki, mój syn nie toleruje teraz zwierząt – jakby doskonale świadomy wszystkiego kotek otarł się najpierw o stopy staruszki, a potem o moje. – Jest taki piękny… nie chciałaby pani go zabrać? Wydaje się bardzo czuły.
Niewiele myślałam o tym, zanim to zaproponowała. Zawsze współczuję bezdomnym zwierzętom, ale to głupie zabierać je do domu.
– Nie, mam wynajęte mieszkanie, nie sądzę, żeby właściciele na to pozwolili.
Poszłam pierwsza, po pożegnaniu się z kobietą. Wieczorem długo siedziałem nad zeszytami, a potem coś mi przyszło do głowy i uświadomiłem sobie, że faktycznie mogę wziąć kota. Właściciele powiedzieli, że przede mną mieszkali ludzie z psem, musiałam tylko upewnić się, że meble nie zostaną zniszczone, to był czas, żeby wziąć na siebie trochę więcej odpowiedzialności i zająć się kimś.
Już w ciemności zbiegłam na dół i zaczęłam szukać kociaka. Siedział teraz w miękkim pudełku przy tej samej rurze spustowej i bardzo chciał wejść w moje ramiona, a potem do mojego domu.
Byłam przekonana, że nikt tego nie widział, bo był już wieczór, ale następnego dnia, wracając po szkole, znów zawołała mnie ta kobieta.
– Dziewczyno!!! – Znowu zawołała. – Zaraz, zaraz!!!
Trwało to jakieś dwie minuty, ale wybiegła do mnie z ogromną torbą jedzenia.
– Masz – powiedziała z uśmiechem – kupiłam to z myślą, że będę karmić puszystego, ale widziałam, że zabrałaś go do domu. Teraz, kiedy jest w dobrych rękach daj mu to jedzenie. Na razie wystarczy.
Obcy człowiek, który tak jak ja po prostu współczuł kociakowi zrobił tyle dobrego.
– Dziękuję, – odpowiedziałam. – Jeśli chcesz zobaczyć kota, przyjdź w odwiedziny. Mieszkam w tym wejściu, proszę wybrać na domofonie mieszkanie nr 17. Teraz pewnie zwiedza wszystkie blaty i szafki, pewnie bardzo się ucieszy z gości.