Moja żona pracuje na pół etatu dla własnej przyjemności. Moje zarobki pozwalają jej siedzieć w domu i nic nie robić, a to nam obojgu bardzo odpowiada. Ponieważ i tak jestem często zajęty, chciałbym, żeby przynajmniej ona przez cały czas była wolna. Żyje nam się całkiem dobrze – mamy dwupoziomowe mieszkanie, nie mamy dzieci, ale mamy psa. Na wszystko starcza nam pieniędzy, na pewno nie jesteśmy biedni. Ale czasem mam wrażenie, że ciągle jej mało i chce więcej.
Nigdy nawet nie upomniałem się o spadek po dziadku, bo zawsze myślałem, że wszystko trafi do jego jedynej córki – mojej mamy. I tak też się stało. Ale moja żona tego nie rozumiała i nie akceptowała.
– Myślałam, że jesteś jego ulubionym wnukiem. Jak mógł ci nic nie zostawić? Jak to jest? Rodzina tak nie postępuje – mówiła.
Mimo że jej rodzina wcale nie pomagała nam finansowo. Ma jeszcze dwie siostry i gdybyśmy podzielili ich dwupokojowe mieszkanie między całą trójkę, nie zostałoby nic. Ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że szkoda jej tego spadku, który dostali moi rodzice, a nie ona. Jestem pewien, że chciałaby zarobić na sprzedaży mieszkania i zgarnąć więcej dla nas, choć nie rozumiem i nie podzielam jej pragnień.
Czy obraża ją to, że nic nie dostałem, czy bawi ją pomnażanie majątku cudzym kosztem? To oczywiste, że w przyszłości dostaniemy wszystko od moich rodziców, bo jestem ich jedynym dzieckiem, ale nieprzyjemnie jest słuchać, jak moja żona ma pretensje do mojego zmarłego dziadka – w przyszłości i tak będziemy mieli to wszystko.