Mieszkaliśmy razem tylko przez dwa tygodnie. Dlaczego poprosiłam mojego chłopaka o wyprowadzkę

Mam 30 lat. Nie jestem jeszcze mężatką. Mam własne jednopokojowe mieszkanie, które pomogli mi kupić rodzice. Później oddałam im pieniądze, aby nieruchomość była naprawdę moja.

Z Markiem poznaliśmy się w zeszłym roku. Nasze drogi skrzyżowały się w lokalnej kawiarni, gdzie zazwyczaj jedliśmy lunch. Był ode mnie młodszy, ale nie przeszkadzało mi to. Obnosił się ze swoim przystojnym wyglądem i prawił mi komplementy, więc się rozpłynęłam.

Mieszkał na wsi. Miał samochód, kupiony przez rodziców, ale do pracy jeździł głównie kolejką ze względu na korki.

W zeszłym miesiącu Mark mi się oświadczył. Rozumiem, zegar tyka, ale ja już dawno temu zdjęłam różane okulary. Postanowiliśmy najpierw zamieszkać razem na jakiś czas, a potem ogłosić naszą decyzję moim rodzicom.

Moje mieszkanie jest w pełni wyposażone do wygodnego życia. Przyzwyczaiłam się już do prowadzenia własnego gospodarstwa domowego, więc nie chciałam niczego zmieniać. W dni powszednie prawie nie jadłam śniadań, ale w weekendy starałam się ugotować coś smacznego. Półprodukty były obecne w mojej diecie, bo nie miałam czasu na gotowanie.

Raz w miesiącu kupowałam wszystkie artykuły spożywcze – to mi wystarczało. Babcia dawała mi też różnego rodzaju warzywa, mięso, nabiał. Do czego zmierzam? Chodzi mi o to, że Marek w zasadzie przyszedł na gotowe.

Na sobotę była zaplanowana przeprowadzka. Ugotowałam, posprzątałam i przygotowałam wszystko dla nowego lokatora. I tak zaczęła się nasza próbna wersja życia małżeńskiego.

Dzień 1.

Zdążyłam z pracy przed Markiem, więc postanowiłam nie czekać na niego i ugotowałam obiad. Nie poszłam do sklepu, bo wiedziałam, że wszystkie potrzebne artykuły spożywcze mam w domu.

– Kochanie, jestem wolny. Czy potrzebujesz czegoś ze sklepu?
– Kup coś do herbaty – powiedziałam.

Wraca do domu z kilkoma eklerami i zaczyna mieć pretensje:
– Zobacz, ile one kosztują! To jakiś koszmar! Tak dużo pieniędzy! Mam nadzieję, że przynajmniej są smaczne.

Pozwalam, by wszystkie te informacje przeszły obok mnie.

Drugiego dnia.
Mieliśmy wolne w tym samym czasie. Wchodzimy do sklepu po mleko, chleb i inne drobne rzeczy. Marek stoi, ja płacę.

Trzeci dzień.
Nikt nie poszedł do sklepu – kończymy to, co zostało.

Dzień czwarty.
Znów skończyłam wcześniej. Wróciłam do domu i zaczęłam obierać ziemniaki. Gdy zadzwonił Marek, poprosiłem go o kupienie ryby.

– To nie jest ryba, to sama glazura. Dlaczego oni żądają za to takich pieniędzy? – mruknął.

Poczułam się nieswojo, bo przecież ryba nie kosztuje fortunę. Co więcej, wziął dwa filety.

Piąty i szósty dzień.
Wszystkie artykuły spożywcze kupiłam sama. Piątego dnia podałam na obiad ryż z klopsikami, a szóstego – ziemniaki z kurczakiem. Wszystko z moich “panieńskich” zapasów.

– A co jest do herbaty? Nic nie kupiłaś? -zapytał.

Dzień siódmy.
Zaczęłam gotować obiad i zauważyłam, że zamrażarka jest już pusta. Dzwonię do Marka i mówię mu, że trzeba iść na zakupy spożywcze.

– Ty pojedziesz do rodziców, a ja pojadę na wieś – powiedział.

Ósmego dnia.
Marek wrócił od rodziców najedzony. Oczywiście nie obchodziło go, co ja jadłam.

Dzień dziewiąty.
Zakupy. Trzeba było widzieć, co się działo przy kasie, gdy przyszedł czas zapłaty. Wyciągnął portfel, a potem zaczął się oburzać:

– Pokaż mi jeszcze raz paragon , to naprawdę drogie. Ja nie mam tyle pieniędzy. Teraz zapłaci moja dziewczyna.

Dał mi około 100 zł , a ja musiałam “dopłacić” resztę. Przez całą drogę był oburzony i powtarzał, że przecież tyle nie zjemy. Nie wytrzymałam, odezwałam się i pokłóciliśmy się.

Dzień dziesiąty.
Pogodziliśmy się dopiero przy kolacji, którą ja przygotowałam.

Dzień jedenasty.
– Pójdziemy do kina? A potem gdzieś coś przekąsić? – pytam Marka.
– Przekąsić ? Zostawiliśmy w supermarkecie szaloną sumę pieniędzy, kupiliśmy artykuły spożywcze. Zjemy w domu.

Poszliśmy do kina. W drodze do domu  kupiłam sobie pizzę, zjadłam ją i nie zawracałam sobie głowy robieniem kolacji.

To był dwunasty dzień.
– Kupiłem słodycze do herbaty – Marek wrócił z pracy.  – One są drogie. W sklepie znów się pokłóciłem, cena była jedna, a one wbiły inną.

Powiedziałam, że boli mnie głowa i poszłam spać.

Trzynasty dzień.
Marek pojechał w odwiedziny do swoich rodziców. Ja zjadłam kolację z koleżanką w restauracji.

Dzień czternasty.
– Skończył nam się makaron – mówi rano Marek.
– I proszek, i płyn do mycia naczyń, i mydło. Mówię, że nie zdążę dziś do sklepu, więc on musi zrobić zakupy, a ja napiszę listę.

Kilka godzin później siedzę na spotkaniu i przychodzi wiadomość: “200 złotych zniknęło. To jest koszmar.”

Odpowiedziałam mu: “Marek, chyba nie idziemy w tę samą stronę. Spakuj swoje rzeczy i wyjedź.”

Kiedy dotarłam, jego już nie było, podobnie jak połowy jedzenia w lodówce. On też płacił! To dobry człowiek, nie ma nic do powiedzenia, taki, z którym można zbudować rodzinę….

Cieszę się, że w porę udało mi się z tego wywinąć.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *