Franek chciał się do mnie wprowadzić. Rodzice pomagali mi wynajmować mieszkanie i mieszkałam sama, podczas gdy on mieszkał z rodziną. Nie miałam nic przeciwko temu – chciałam zamieszkać z facetem, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście jest dobry i czy będzie nam wygodnie w małżeństwie. Lepiej było się wcześniej sprawdzić. No i przydałaby mi się męska ręka w domu.
W dniu przyjazdu Franek wyniósł z mojego samochodu milion toreb, nie mniej. Nie niósł ich sam, ale zaangażował mnie, bo ciężko mu było zrobić to samemu. Musiałam przygotować przeprowadzką kolację i myślałam, że Franek pomoże, ale on tylko siedział na kanapie, zrzucił trampki oglądał telewizję.
Logiczne było przypuszczenie, że jest zmęczony i że chce oglądać, więc go nie ruszałam. Początkowo nie rozmawialiśmy o sprzątaniu mieszkania, a on obiecał, że zapłaci w terminie czynsz, nawet go o to nie prosiłam. Uznałam to za świetny znak – mężczyzna chciał ułatwić nam wspólne życie. A jednak….
Franek nie chciał sprzątać, nie chciał gotować, nie chciał robić prania, a kiedy zaproponowałam, żeby chociaż wyczyścił toaletę, to tak na mnie patrzył! Jakbym to ja była sprzątaczką i on mi za to płacił…
Ok, pracuje na czynsz i żeby od czasu do czasu zamówić pizzę, ale trzeba mieć sumienie i pomóc w sprzątaniu. Ja płacę i sprzątam i gotuję i nie jęczę jak on, gdy proszę go tylko o odkurzenie półek.
Czuję, że coraz mniej chcę wychodzić za niego za mąż. Ważne jest dla mnie, żeby mężczyzna nie miał tych głupich uprzedzeń na temat “męskiej” i “kobiecej” pracy. Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy powinniśmy umieć sprzątać po sobie i gotować dla siebie. W końcu kiedy trzeba, potrafię sama wbić gwóźdź, a do czego w życiu małżeńskim przydaje się Franek?