Po wypadku kolega boi się jeździć samochodem i prosi mnie, abym podwiózł jego żonę , albo odebrał jego syna .

Mój przyjaciel Adam często odbierał moje dziecko ze szkoły. Znaliśmy się od dziecka, zawsze mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy, zakładaliśmy rodziny mniej więcej w tym samym czasie, a moja córka była tylko o rok starsza od jego syna. Ponieważ obaj pracowaliśmy, częściej zdarzało się, że to nasze żony odwoziły dzieci do szkoły. Później rodzice Adama podarowali mu samochód i zgłosił się na ochotnika, by przed pracą zawieźć dziecko do szkoły. Nie mógł się nachwalić samochodu, więc zaproponował, że w tym samym czasie będzie też wiózł moją córkę do szkoły. Ja oczywiście byłem jak najbardziej za, podobnie jak moja żona.

Adam zaczął zawozić dzieci, a czasem nawet mógł je odbierać. Wciąż dopiero uczył się jeździć, poznawał trasę z domu do szkoły i ze szkoły do pracy. Trzy miesiące po otrzymaniu samochodu Adam tak się rozluźnił za kierownicą, myśląc, że jest królem szos, że miał wypadek. To nie było nic poważnego,  zadrapanie na drzwiach od strony pasażera i siniak na czole, ale od tamtej pory boi się siadać za kółkiem. Podobno myśli nawet o sprzedaży samochodu i ponownej jazdy komunikacją miejską. I to byłoby ok, ale teraz nasze dzieci i inne sprawunki spadły na moje barki i mój samochód.

Nie mam nic przeciwko pomaganiu przyjacielowi, ale ostatnio wymyka się to spod kontroli – zawieźć gdzieś teściową, podrzucić żonę do szpitala, poczekać na nią, zawieźć syna na zajęcia karate… Jestem jak osobisty szofer jego rodziny. Niezręcznie mi mu odmawiać, bo pomógł nam przy córce, ale jakoś jego pomoc i jej czas trwania nie pasuje do tego, jak wiele muszę dla niego zrobić teraz . I nie ma możliwości ucieczki, bo to przyjaciel.

Codziennie modlę się, żeby zmienił zdanie i wrócił za kierownicę. Nie chcę spędzić reszty życia jeżdżąc z jego rodziną.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *