Na początku ubiegłego roku pojawił się w naszej wsi nowy sąsiad – mężczyzna po sześćdziesiątce. Od urodzenia był mieszczuchem, studiował na politechnice i pracował jako inżynier. Gdyby żyła jego żona, pewnie dalej mieszkałby w mieście, ale dzieci wyeksmitowały go z mieszkania – postanowiły je sprzedać i podzielić pieniądze. Dzieci znalazły chatę w naszej wsi za marne grosze, i przeprowadziły tu dziadka.
Nasi sąsiedzi są wszyscy dobrzy, pomagaliśmy nowemu lokatorowi jak tylko mogliśmy. Ja na przykład zajmowałem się drewnem, a Sara, która mieszkała w domu naprzeciwko mężczyzny, dzieliła się z nim ziemniakami, burakami, konserwami. Zauważyłem, że spędzali ze sobą więcej czasu, nawet ostatniej wiosny, ale byłem przekonany, że to dlatego, że byli w tym samym wieku, ale nie byłem w najmniejszym stopniu zaskoczony, gdy dziadek nagle oznajmił, że chce się ożenić z Sarą, że jest zakochany. Ona też go kochała i oboje myśleli o ślubie.
O ile wiem, Sara ma dzieci i wnuki w sąsiednich wioskach, a dziadek ma tylko krewnych w mieście, i żadna z ich rodzin nie poparła tej spontanicznej decyzji o ślubie. Mieszkańcy wsi mają uprzedzenia co do wieku Sary, nie ma powodu, by bezcześcić pamięć byłego męża i ponownie wychodzić za mąż, a mieszkańcy miasta uważają, że Sara chce się dobrać do mieszkania dziadka…
Starsi nie słuchali dzieci, sami zorganizowali sobie wesele. Wszyscy zastawiliśmy stół we wsi. Teraz mieszkają u Sary, ale dziadek nie zamierza sprzedawać swojego domu. Chce go zostawić dzieciom. One ani przez chwilę nie myślały o nim, a on myśli o nich. I babcia Sara jest taka sama – wszystko co najlepsze dla dzieci, jakby odkłada siebie na drugi plan.
Boli mnie to, że boją się powiedzieć rodzinie o ślubie. Przecież zrobili to dla siebie. Więc jakie to ma znaczenie, co powiedzą dzieci? Co się stało to się nie odstanie, teraz trzeba to po prostu zaakceptować i cieszyć się, że ludzie w podeszłym wieku znów się kochają i czują się potrzebni.