Wiem, że mój ojciec opowiada wszystkim we wsi głupoty o mnie i mojej żonie. Nigdy nie lubił synowej, i mnie najwyraźniej też nie. Jak inaczej wytłumaczyć jego odmowę dostrzeżenia naszej dobroci i pomocy?
To człowiek starej szkoły, taki, który mówi, że kiedyś było lepiej, kobiety pracowały w polu, a rak nie istniał. Nie można mu udowodnić, że nie było lepiej, kobiety umierały wcześniej, a rak po prostu nie był diagnozowany. Ale najciekawsze jest to, że on jest jednym z tych ludzi, którzy żyją w swojej małej wiosce, w swoim małym świecie, gdzie jest tylko on i ogródek warzywny. Dosłownie żyje z roku na rok, tylko po to aby pokazać swoje plony i je sprzedać. Sam sadzi i uprawia, chodzi do lasu na grzyby i je sprzedaje, zbiera jagody i też je sprzedaje, chodzi do sadów jabłoniowych i nielegalnie zbiera jabłka, żeby je sprzedać… Nie ma pojęcia, jak wygląda życie w mieście i nie chce go poznać. I nie uznaje żadnej pracy poza rolą i wokół domu. Dlatego ja i moja żona jesteśmy dla niego leniwi.
Ania szyje ubrania, a ja sprzedaję samochody – zbyt niezrozumiałe dla umysłu taty, ale za naszą pracę dostajemy spore pieniądze. Dzięki temu mamy świetne mieszkanie w mieście, dzieci dorastają w dobrych warunkach. Co więcej, zawsze pomagamy rodzicom Anny (naprawdę kochającym i wdzięcznym ludziom) i tacie. Płacimy za przebudowę jego domu, za nowy płot, za studnię. Ale on uważa, że to wszystko są grosze i a on prostu nie miał na to czasu, bo inaczej sam by zrobił, a potem patrząc na ceny zrozumiał, że w życiu sobie na coś takiego nie pozwoli.
We wsi narzeka na nas, że nie chcemy mu kopać ogródków, ale nie pamięta o tym, że ma dach pokryty, dom obity sidingiem za nasze pieniądze i my mu zamawiamy drewno.
Więc gdzie jest ta sprawiedliwa ocena i wdzięczność?