Szczerze mówiąc, nie lubię spotykać starych znajomych w jakichś przypadkowych miejscach. Nie chodzi o to, że jestem nietowarzyska, nie, po prostu wszyscy są pewni, że cieszę się na ich widok, a ja mogę się spieszyć na jakieś spotkanie i nie mieć czasu na pogawędki. Szczególnie trudne i nie do zaakceptowania jest to, gdy tym znajomym jest mężczyzna, z którym byłam w związku. Oto jedna z takich historii.
Kiedyś szłam do kawiarni, gdy nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła. Obejrzałam się, a tam stał wysoki chłopak o krótkich włosach i znajomych rysach. Rozpoznałam go jako mojego dawnego kolegę z klasy, który kilka lat szalał za mną.
Był gotowy do odrabiania lekcji i noszenia mojej torby, z czego bez wahania skorzystałam.
Zaczął mi obszernie opowiadać, jak potoczyły się jego losy i co osiągnął, choć nawet go o to nie prosiłam. Kiedy jego opowieść z elementami głębokiej introspekcji przeciągała się, udałam, że dzwonią do mnie i jestem spóźniona. Od tamtej pory staram się unikać takich spotkań.Ostatnio zdarzył się podobny incydent. Byłam w restauracji. Jakiś facet zawołał moje imię i spojrzał na mnie z półuśmiechem na twarzy.
Okazało się, że był to facet, z którym spotykałam się jakiś czas temu, ale nie rozstaliśmy się zbyt dobrze i najwyraźniej mój mózg usunął go z mojej pamięci, aby zachować moje komórki nerwowe i stabilny stan psychiczny. Witaj – powiedziałam, ledwo się uśmiechając. Rozmawialiśmy długo, a on był zakłopotany, jego ręce strasznie się trzęsły. Nie chciałam kontynuować tej letargicznej rozmowy i zawołałem kelnera prosząc o rachunek, on nawet nie zaproponował, że zapłaci. Cieszę się, że się rozstaliśmy, ale byłoby lepiej, gdybyśmy się wtedy nie spotkali.