Kilka lat temu mój młodszy brat, Wiktor, poprosił mnie o pożyczenie samochodu na czas nieokreślony, dopóki nie będzie mógł zaoszczędzić na swój własny. W naszej rodzinie jest trzech chłopaków. Najstarszy mieszka daleko, w innym mieście. Ma tam dobrą pracę, dwoje dzieci i piękną żonę. Ja jestem najmłodszy i w tamtym czasie nie miałem żony. Pracowałem i to było wszystko. Mój średni brat ma inną drogę życiową. Różni się od nas spontanicznością i kompletnym brakiem odpowiedzialności.
Kiedy poprosił mnie o samochód, nie byłem do końca zadowolony z faktu, że będzie nim jeździł ktoś inny, ale rodzice nalegali, żebym pomógł bratu, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko być posłusznym. Przez półtora roku Wiktor korzystał z mojego samochodu. Kiedy czasem prosiłem go o pomoc i podwiezienie mnie z punktu A do punktu B, Wiktor odprawiał mnie z kwitkiem. Pewnego dnia zadzwonił i powiedział, że musimy się spotkać i omówić kilka kwestii dotyczących mojego samochodu. Zaczął swoją wypowiedź od tego, że samochód jest już stary, nie da się go naprawiać, można go tylko sprzedać.
To był cały sens naszej rozmowy. Wiktor stwierdził, że nie wygląda dobrze w starym samochodzie. Byłem na tyle naiwny, że myślałem, iż odda mi kluczyki i razem z moją dziewczyną będziemy mogli wreszcie jeździć moim samochodem. Wiktor poprosił mnie jednak o pisemną zgodę na sprzedaż mojego samochodu. Dzięki temu mógłby zainwestować pieniądze i kupić sobie nowy model. Wziąłem kluczyki, wymyśliłem jakąś wymówkę, żeby odmówić i od tamtej pory nie rozmawiałem z bratem. Moi rodzice mnie rozumieją, ale też nic nie powiedzieli Wiktorowi…a jemu przydałoby się kilka lekcji wdzięczności.