Mieszkasz w moim mieszkaniu, więc płacisz za siebie.

– No właśnie, co to za zupa? Lucia, czy twoja mama nie nauczyła cię gotować? Zupa mojej mamy jest zawsze dobra. Powinienem jej powiedzieć, żeby cię nauczyła. Grzegorz nadal jadł zupę i miał pretensje o jej “niesmaczność”. Kiedy talerz stał się pusty, wsadził go do zlewu i poszedł na kanapę. Lucia w milczeniu zaczęła zmywać naczynia.

– Kochanie, nie zapomniałaś, że w sobotę idziemy na urodziny mojej matki? Upiecz placek, niech mama zobaczy, jak potrafisz piec. Mam nadzieję, że jesteś lepsza w plackach niż w zupach? Grzegorz zaśmiał się głośno.

Lucia nie była rozbawiona. Nie umiała piec. W ogóle nic nie potrafiła. I nie było w niej chęci, żeby się nauczyć, żeby zaskoczyć matkę męża. Wcześniej żyła jakoś bez placków.

– Nie, placki to nie moja bajka. Mogę kupić dobre ciasto w sklepie.

– Daj spokój, każdy potrafi upiec… Och, Lucia , Lucia… No dobra, coś wymyślimy…

Lucia i Grzegorz spotkali się kilka miesięcy temu. Zostali sobie przedstawieni przez wspólnego znajomego. Luci wydawało się, że są dobrą parą, mieli ze sobą wiele wspólnego, byli w tym samym wieku. Po miesiącu randkowania postanowili zamieszkać razem.

Zamieszkali u Grzegorza, który był miał mieszkanie. On trzymał budżet rodzinny. Jego pensja zostawała u niego, a Lucia dawała na media i jedzenie. Na to szła jej niewielka pensja. Gdy pieniądze się kończyły, Lucia musiała żebrać. Grzegorz lubił być proszony o różne rzeczy. Słuchał z ważnym spojrzeniem, a po chwili milczenia zawsze pytał, czy naprawdę trzeba to kupić.

– Nie mam w czym pojechać do twojej matki. Od dawna nie kupiłam nic nowego.

– Moja droga, masz szafę pełną ubrań, nie wymyślaj. Pamiętam, że zielona sukienka jest zupełnie nowa, więc idź w niej.

Zielona sukienka miała dziesięć lat. Lucia nie mogła już na nią patrzeć. A na nową nie starczyło pieniędzy, zarówno wcześniej, jak i teraz. Ale co zrobić, musi ją znowu założyć. W sobotę liczni krewni zebrali się na uroczystość. Lucia siedziała skromnie na końcu stołu. Grzegorz usiadł obok swojej matki.

– Synu, dlaczego ona siedzi tak daleko, nie chce nas widzieć?

– Mamo, nie zaczynaj, niech tam siedzi, wszyscy twoi bliscy są w pobliżu…

Na Lucię patrzyli pytająco prawie wszyscy goście. Dwa lata temu Grzegorz rozstał się z żoną. Ona go zostawiła.

Nikt nie znał powodu. A teraz przyprowadził nową…

Kilka dni później Lucia zachorowała. Nie wezwała lekarza, leczyła się sama. Nie było pieniędzy na lekarstwa, więc musiała poprosić o nie Grzegorza.

– Muszę kupić lekarstwa, kupisz je dla mnie? Napiszę ci listę.

– Kochanie, dlaczego trujesz się chemią? Moja mama zawsze robi syrop sama , więc ty też powinnaś spróbować. To będzie o wiele zdrowsze. A teraz leki są bardzo drogie, nie stać nas na takie wydatki!

– Ty naprawdę… Jak możesz odmawiać mi leków? To niewiarygodne! Od tej pory nie daję ani grosza z mojej pensji!

– To niemożliwe. Mieszkasz w moim mieszkaniu, więc płacisz za siebie. Wiesz ile zużywasz wody, codziennie myjesz włosy, a to wszystko nie jest za darmo. Wiesz, jak wyglądają opłaty za media w dzisiejszych czasach.

– Więc jestem tylko lokatorem? Masz tu niezły układ. Jutro wynoszę się stąd. Nie jestem ci nic winna przypadkiem?

Grzegorz spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Jesteś mi winna dużo pieniędzy.

– Co? Dużo?

– Prowadzę rejestry, ile pieniędzy wydałem na ciebie. Nie jesteś moją żoną, więc nie marnuję pieniędzy. Chociaż moja była zawsze mnie obwiniała, że nie mam dość pieniędzy… Wy, kobiety, jesteście zachłanne, chcecie tylko pieniędzy…

Lucia zaśmiała się. Co za człowiek, wszystko policzył!

– W porządku! Proszę oddaj mi wszystkie pieniądze, które  ci dałam. Albo dobrze, weź je na poczet mojego, że tak powiem, długu. Oddaję ci je.

Następnego dnia Lucia wróciła do domu, do matki. Trzy dni później pojawił się Grzegorz. Trzymał w torbie pomarańcze.

– Myślałem… Wróć, to ci wybaczę. W porządku, daj mi połowę swojej pensji i zatrzymaj resztę. A poza tym… brakuje mi twojej zupy. Jest naprawdę dobra, powiedziałem ci to celowo, żebyś się bardziej starała, jako środek ostrożności, że tak powiem…

Lucia włożyła mu do rąk torbę z pomarańczami i otworzyła drzwi.

– Dziękuję oczywiście, Grzegorz, za tak hojną ofertę, ale nie. Nie wrócę. Nie wiem, jak ja się z tobą kiedykolwiek dogadywałam, jak to się stało, że w ogóle cię nie rozgryzłam. Zanieś pomarańcze matce, żeby się nie zmarnowały.

Grzegorz westchnął i wyszedł. Kolejna nie doceniła jego dobrej duszy. A tak dobrze to wszystko się zaczęło! To prawda, co mówi matka: nikt nie rozumie syna tak jak matka. Zaniosę jej kilka pomarańczy, dlaczego mają się zmarnować? Może przy okazji zjem jakąś zupę.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *