– Diana, poczekaj.
Diana odwróciła się; wiedziała, że Sebastian znowu czeka na nią na ławce przed domem, która w cieniu drzew nie była szczególnie widoczna.
– Ach, to znowu ty – powiedziała obojętnie Diana – dlaczego zawsze się tu kręcisz, czy jeszcze ci się nie znudziło?
Sebastian z wahaniem wręczył Dianie kwiaty i powiedział, jakby usprawiedliwiając się:
– Chciałem cię tylko zobaczyć, to wszystko.
Stał z wyciągniętym bukietem. Diana westchnęła i niechętnie wzięła kwiaty.
– Co ja mam z tobą zrobić? – Diana powiedziała ze złością, – dzieciństwo już się skończyło. Jesteś dla mnie nikim, nic dla mnie nie znaczysz. Mówię ci to prawie codziennie, a ty uparcie przychodzisz tutaj, co za przedszkole.
– Diana, nie mogę przestać, to jest silniejsze ode mnie. Czy to kiedykolwiek odejdzie?
– Nigdy nie odejdzie, jeśli nadal będziesz się tu kręcić codziennie – złościła się dziewczyna – po raz setny mówię ci: jesteś dla mnie nikim.
– Nie gniewaj się, Diana, to do ciebie nie pasuje. Dobranoc, słodkich snów – uśmiechnął się i odszedł.
Sebastian zakochał się w Dianie, gdy tylko ją zobaczył.
Diana, nowa w szkole, do której uczęszczał Sebastian , przyszła w szóstej klasie i siedziała razem z nim. Diana też polubiła Sebastiana i byli nierozłączni, gdziekolwiek on szedł, szła i ona.
A teraz, gdy lata szkolne były już za nimi, Diana nie chciała go widzieć, a młody człowiek nie chciał uwierzyć w tak drastyczną zmianę w ich związku. Jak to możliwe, że on był “nikim”? Nie mógł się z tym pogodzić i każdego dnia czekał na nią przed domem.
Czasami mężczyźni podwozili Dianę samochodem, co było dla niego nieznośnie bolesne. W takich chwilach przysięgał sobie, że już nigdy nie zbliży się do jej domu, ale następnego dnia, wieczorem nogi same niosły go na ławkę.
A Diana, gdy mężczyzna odprowadzał ją do wejścia, wiedziała, że on siedzi tam, na ławce, w cieniu drzew. Trochę ją to krępowało, ale myślała: może kiedy zobaczy mnie z kimś innym, wreszcie się odczepi.
-Dlaczego siedzisz tu co wieczór? – Sebastian spojrzał w górę i zobaczył obok siebie rozbawioną dziewczynę. Złośliwe piegi na pyzatym nosku dziewczyny zdawały się tańczyć, gdy się uśmiechała, a w świetle ulicznych latarni jej usta nie straciły blasku, orzechowe oczy lśniły na widok młodzieńca, a mop jasnorudych włosów zdawał się świecić aureolą wokół ślicznej twarzy. Obok niej biegał i skakał radośnie pies tak samo jak ona, rudy.
Sebastianowi wydała się psotnym aniołem z psem, uśmiechnął się i powiedział ze zdziwieniem :
– Siedzę i czekam na cud, ale on się nie zdarza.
– A może nie trzeba siedzieć i czekać? Może trzeba wstać, pójść na spacer i poszukać? – Ja i mój Charlie chodzimy na spacery co wieczór i możemy cię zabrać, możemy razem spacerować i szukać cudu. Chodź.
Sebastian spojrzał w kierunku klatki Diany, a potem wstał z determinacją:
– Chyba przejdę się z tobą w poszukiwaniu cudu.
Diana była zaskoczona, wręcz zaniepokojona, po raz pierwszy od tak dawna Sebastian nie wyszedł jej na spotkanie. Zwolniła i zerknęła w bok na ławkę, ale młody człowiek nie pojawił się. Zastanowiła się, kierując się w stronę ławki, a ławka była pusta. “Pusta” – jej słowa odbijały się echem z bólem w duszy.
Diana usłyszała entuzjastyczne szczekanie psa dochodzące z placu zabaw. Pies odbijał się od dziewczyny i Sebastian , jej Sebastian, szedł obok niej.
Zazdrość dręczyła duszę dziewczyny, ból po stracie czegoś ważnego w jej życiu, a dziś, pierwszy raz, gdy Sebastian na nią nie czekał, powstała niepowetowana pustka, “puste miejsce”, a rudowłosy “anioł” zabierał Sebastiana coraz dalej od Diany.