W lutym Weronika zaczęła mieć menopauzę. Od samego początku wydarzenie to nie przynosiło specjalnych problemów. Nie było notorycznych uderzeń gorąca, bólów głowy, pocenia się i palpitacji serca. Po prostu ustała miesiączka i to wszystko.
Nie poszła do lekarza, bo już dużo wiedziała i czytała na ten temat. Co więcej, jej przyjaciółki często opowiadały jej i dzieliły się swoimi odczuciami na temat tego, jak wszystko przebiegało.
– Masz wielkie szczęście – mówiły. To bardzo wspaniałe, że tak łatwo znosisz menopauzę!
Jak to przyjaciółki opowiadały. Wkrótce z nią zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Zrozumiała, że są to zmiany hormonalne w organizmie, które nie przechodzą bez śladu. Stąd zapewne nieuzasadnione zmiany nastroju, i zawroty głowy, i osłabienie.
Coraz trudniej było jej schylić się do wnuczki, zniknął jej apetyt, plecy zaczęły boleć w nowy sposób. Rano często puchła jej twarz, a wieczorami – nogi. Przez jakiś czas nie zwracała uwagi na swoje dolegliwości. Jej synowe jako pierwsze biły na alarm: “Mamo, wyglądasz tak blado. Idź do lekarza, zrób USG, nie zwlekaj, z takimi rzeczami się nie żartuje! Weronika milczała. Wątpliwości, że coś jest z nią nie tak, już dawno zadomowiły się w jej duszy. I wtedy zaczęła ją bardzo boleć klatka piersiowa, no, po prostu paliła ogniem, nie do dotknięcia. Podbrzusze ciągnie, nie pozwala jej spać.
Często w bezsenne noce leżała na plecach, wpatrzona w sufit i płakała cicho, myśląc o przyszłości i wspominając przeszłość. Jakże nie chciała umierać! Przecież miała dopiero pięćdziesiąt dwa lata, nie miała nawet emerytury. Wraz z mężem zaczęła szukać domku letniskowego, postanowiła spędzać więcej czasu na łonie natury. Synowie są tacy cudowni, mają dobre prace. Synowe są pełne szacunku, nie są niegrzeczne, pomagają jej farbować siwe włosy, doradzają, jakie ubrania kupić, żeby ukryć brzuch.
Jedyna wnuczka, to po prostu złota dziewczyna, nie można się nią nacieszyć. Zajmuje się łyżwiarstwem figurowym, jesienią pójdzie do pierwszej klasy. Dobrze rysuje, umie już robić na drutach – nauczyła ją babcia. Jak szybko życie przeleciało! Weronice wydaje się, że w ogóle nie żyła. Dopiero co wyszła za mąż, Weronika otarła gorące łzy brzegiem poszwy, a one lały się i lały po jej policzkach. Rano pod jej oczami utworzyły się niebieskie kręgi, twarz pociemniała i opadła.
Jakoś przetrwała wiosnę i lato, a do jesieni czuła się źle. Duszności, okropny ból pleców, prawie nie odpuszcza, żołądek bolał nieznośnie. W końcu postanowiła umówić się na wizytę u lekarza i powiedzieć mężowi o swoim cierpieniu. Prawie cała rodzina jej towarzyszyła. Jej mąż i starszy syn zostali w samochodzie, a obie synowe czekały na nią na korytarzu. Z trudem wstając z fotela i rumieniąc się z zażenowania, odpowiadała na pytania lekarza: kiedy ustały miesiączki, kiedy źle się czuła, kiedy była ostatnio badana.
Odpowiadała długo, zdążyła nawet zastygnąć na krześle, podczas gdy lekarka wypełniła kartę, umyła ręce, założyła gumowe rękawiczki. Lekarka dokładnie ją zbadała, marszcząc się i denerwując coraz bardziej. Potem rzuciła krótkie “proszę się ubrać ” i usiadła do telefonu. Weronika drżącymi rękami wciągnęła na siebie spódnicę i z przerażeniem słuchała rozmowy lekarza.
– Klinika onkologiczna? – krzyknęła do telefonu.
– Mam poważnego pacjenta, potrzebuję pilnej konsultacji. Pilnej!!! Tak, tak… To musi być ostatnie stadium. Nie mogę znaleźć macicy. Pięćdziesiąt dwa…. Tak, nie mów mi… Uczysz ich, uczysz, informacje są na każdym słupie, a oni nie mają czasu, żeby iść do lekarza. Tak, tak, dobrze, już wysyłam.
Zakończywszy rozmowę, lekarz podszedł do stołu i zaczął wyciągać jakieś papiery.
– Czy przyszła tu pani sama?
– Nie, z mężem, z dziećmi, są w samochodzie – odpowiedziała cicho. Dopiero teraz poczuła silny ból w całym ciele. Ten ból odbierał jej oddech, nogi, chciała krzyczeć. Oparła się o framugę drzwi i płakała.
Położna wyskoczyła na korytarz i krzyknęła:
– Kim jest osoba towarzysząca pacjentowi? Proszę wejść! Synowe podskoczyły i pospieszyły do gabinetu. Widząc teściową, od razu wszystko zrozumiały. Płakała i wiła się z bólu, jakby z oddali słyszała fragmenty poleceń lekarza: natychmiast, pilnie, szpital, onkologia, drugie piętro, lekarz dyżurny czeka… Tu jest skierowanie, tu jest kartka… Bardzo późno, przepraszam… Dlaczego tak późno, przecież to wykształceni ludzie…
Syn wpatrywał się intensywnie w drogę, ściskając kierownicę, aż bolały go palce. Na tylnym siedzeniu synowe wspierały teściową, której brakowało sił. Weronika jęczała, a kiedy ból stawał się zupełnie nie do zniesienia, krzyczała na cały głos, powodując u męża wybuchy szlochu. Czasami ból ustępował na kilka chwil, a wtedy udawało się jej dostrzec pożółkłe korony drzew za oknami samochodu. Żegnając się z nimi mentalnie pożegnała się z dziećmi, mężem i wnuczką. Nie będzie już mogła rozpieszczać jej pysznymi plackami. I kto teraz zaprowadzi ją do szkoly? Kto ją mocno przytuli, kto pocałuje, kto będzie podziwiał jej pierwsze sukcesy?
W szpitalu nie musieli długo czekać. Została przyjęta natychmiast. Rodzina, przerażona, nie mając odwagi usiąść, stała gromadnie przy oknie. Mąż już nie płakał, był jakoś zdezorientowany i bezradnie wpatrzony w jeden punkt. Synowe kurczowo trzymały chusteczki, syn w milczeniu kiwał ciałem z boku na bok. W gabinecie, do którego ją zabrano, musiało stać się coś strasznego. Najpierw wyskoczyła stamtąd pielęgniarka z czerwoną twarzą i popędziła na koniec korytarza. Potem szybkim krokiem do pomieszczenia wszedł starszy lekarz w fartuchu chirurgicznym i pokrowcach na buty. Potem weszło kilku innych lekarzy niemal biegiem.
Kiedy na końcu korytarza rozległ się dudniący dźwięk, rodzina automatycznie, jak na zawołanie, odwróciła głowy w stronę źródła hałasu, pielęgniarka z dwoma sanitariuszami szybko kołowała grzechoczącym łóżkiem , by przetransportować przykutych do łóżka pacjentów. Gdy tylko wózek zniknął za szerokimi drzwiami gabinetu, rodzina zrozumiała, że to koniec. Mąż owinął ręce wokół głowy i jęknął, synowe pospiesznie szukały w torebkach kropli nasercowych, policzek syna zdradziecko drgnął. Nagle drzwi gabinetu znów się otworzyły. Łóżko z Weroniką, przykryte białym prześcieradłem, pchane było jednocześnie przez sześć czy siedem osób. Wszyscy przerażeni, czerwoni, z kroplami potu na czołach. Blada twarz Weroniki została odsłonięta. Przerażenie i ból zamarły w jej zapuchniętych oczach. Odpychając synowe, mąż pospieszył do żony. Starszy lekarz zagrodził mu drogę.
– Jestem jej mężem, jej mężem, – krzyczał.
– Pozwól mi się chociaż pożegnać. Weroniko, moja kochana, jak to możliwe, chcieliśmy umrzeć tego samego dnia! …
– Dotarliśmy, – pielęgniarka zamykała szerokie drzwi gabinetu.
– Nie przeszkadzajcie i nie krzyczcie. Ona rodzi. Główka już się pojawiła …
Na sali porodowej były dwie rodzące kobiety: Weronika i druga, bardzo młoda, prawdopodobnie studentka. Obie krzyczały jednocześnie i uspokajały się między skurczami, jakby na rozkaz. Położne i lekarze krzątali się wokół każdej z nich. Starszy profesor spokojnie chodził od jednego stołu do drugiego i wydawał polecenia.
– A za co my cierpimy? – zapytał profesor rodzące kobiety podczas kolejnej przerwy.
– Za tę przeklętą wódkę, to wszystko jej wina – jęknęła studentka.
– No, a co z tobą? – profesor zwrócił się do Weroniki i poklepał ją po gołych grubych udach.
Przez chwilę milczała, pomyślała, a potem wyszeptała cicho, bo nie miała już siły:
– Tak, z miłości, jak sądzę. Tak właśnie obchodziliśmy z mężem moje urodziny. Pięćdziesiąte drugie urodziny…
– Czyli rzeczywiście, nic nie zauważyłaś ?
– Tak, panie doktorze! Gdybym tylko wiedziała, gdybym tylko mogła pomyśleć! Co za wstyd! Przecież już od dawna jestem babcią. Byłam pewna, że mam menopauzę i dodatkowo raka. Na konsultacji nie znaleźli macicy, powiedzieli, że rak, ostatnie stadium ….
– Ma pani dziecko , a nie raka – profesor machnął ręką z irytacją.
– Wszyscy jesteśmy żywymi ludźmi i, niestety, błędy lekarskie jeszcze czasem się zdarzają. Ale, dość gadania, przyj.
Położna wyszła z sali porodowej zadowolona. Będzie miała co opowiadać koleżankom – nie co dzień rodzą tak stare kobiety.
Po wszystkim lekarz na korytarzu zapytał czy są tu jej krewni.
– Tak, – odpowiedziała chórem cała rodzina, występując do przodu.
– Gratulacje – powiedział, patrząc na męską część rodziny z nieukrywanym zainteresowaniem. – A kto jest ojcem?
– Ja – odpowiedział chrypliwie mąż Weroniki nie wierząc w to, co się dzieje.
– On, – odpowiedziały jednocześnie synowe, wskazując na teścia.
– Macie chłopca. Trzy pięćset. Pięćdziesiąt jeden centymetrów wzrostu. Gratuluję, tatusiu. Jeszcze godzina i nie wiadomo, co by się stało… Zdążyliśmy.
To cud. Dlaczego zabrali ją na oddział onkologiczny, nie rozumiem?
Czy znasz podobne przypadki?