10 lat temu zamierzałam odejść od męża. Byliśmy małżeństwem zaledwie półtora roku, nie mieliśmy jeszcze dzieci. Ja miałam 26 lat, mój mąż 28. Byliśmy młodzi, próbowaliśmy sobie coś udowodnić, walczyliśmy o przywództwo. Mieszkaliśmy w maleńkim jednopokojowym mieszkaniu, w którym wcześniej mieszkała babcia męża. Na początku rodzice próbowali nam pomóc. Dawali pieniądze, robi zakupy. Było ciężko, nie z pieniędzmi, ale moralnie. Mama męża mieszka niedaleko: w razie potrzeby odwiedzała nas. A ja swoją mogłam odwiedzać tylko w wakacje. Nie miałam komu wypłakać swoich żalów.
Poza kuzynką, ale nie widywałam jej często. Miała męża i dziecko i mieszkali daleko. Kuzynka była starsza ode mnie o 2 lata, w młodości bardzo się przyjaźniłyśmy, ona dość szybko wyszła za mąż. Jej mąż jest starszy od niej o 7 lat i już wtedy wydawał mi się poważny, zrównoważony, nawet trochę surowy. Chociaż nigdy nie usłyszałam od niego ostrego słowa.
- – On jest po prostu mądry, nawet bardzo mądry, – mówiła zawsze moja kuzynka , – jestem za nim.
W jej rodzinie panowała harmonia i spokój, syn dorastał, a u nas tego nie było. Kiedyś bardzo się pokłóciliśmy, spakowałam torbę i postanowiłam wyjechać.
Pomyślałam: zadzwonię do nich i zostanę tam trochę. A za kilka dni wynajmę mieszkanie, złożę pozew o rozwód i zamieszkam sama, bo z mężem nie wyszło. Wyskoczyłam z torbą w ciemną wrześniową noc, usiadłam na ławce i zaczęłam dzwonić.
Mam własną rodzinę – powiedziała. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Moje jedyne bliskie osoby odmówiły mi pomocy w chwili, gdy tak bardzo jej potrzebowałam. Co miałam wtedy zrobić? Posiedziałam na podwórku godzinę i wróciłam . Do mieszkania. Do mojego męża.
Krótko mówiąc, pogodziliśmy się wtedy. Tydzień później zorientowałam się, że spodziewam się dziecka. Nasza córka w tym roku skończyła 9 lat.
Z moją kuzynką pogodziłyśmy się na chrzcie naszej córki. Okazało się, że to mój mąż jako pierwszy zadzwonił do męża mojej kuzynki w tę odległą wrześniową noc. Poprosił żeby nie nie przyjmowali do siebie. Przyznał, że patrzył przez okno i gdybym wstała z ławki, pobiegłby za mną.
– I tak bym na to nie pozwolił. I nie ma co się gorączkować i iść gdzieś po nocy. Trzeba przemyśleć wszystko na spokojnie, a potem podjąć decyzję.
Na początku się obraziłam, a potem zrozumiałam, że to słuszne. W przypływie chwili można zrobić wiele rzeczy… I wszystko wyszło na dobre. Pogodziliśmy się, mamy silną rodzinę, w której dorasta nasza córka.