Rodzice zawsze powtarzali mi, że przyjaciele przychodzą i odchodzą, a rodzina jest na zawsze. Być może jest to prawda, ale nie w moim przypadku. Moi przyjaciele zawsze mnie wspierali, natomiast rodzina – rzadko.
Nasza przyjaźń zaczęła się od szkoły – kilku chłopców i klika dziewczyn. Kiedy chciałam iść na zajęcia plastyczne, rodzice nie chcieli zapłacić za lekcje. Ale moi przyjaciele mnie wspierali. Dawali mi materiały do rysowania. A mój chłopak nawet namówił swoją starszą siostrę, projektantkę, która jest bardzo dobra w rysowaniu, żeby dawała mi lekcje. Oczywiście za darmo. Moi rodzice nie chcieli wydawać pieniędzy na moją maturę.
Ale nasi chłopcy znaleźli prace na pół etatu, żeby mnie sfinansować. A dziewczyny poprosiły swoje matki o pomoc w uszyciu sukienki dla mnie. Dały mi buty i biżuterię. Starsza siostra mojej przyjaciółki zrobiła mi makijaż i włosy. A moi rodzice nawet nie raczyli przyjść na uroczystość zakończenia szkoły. Widać, wstydzili się, że ich córka pójdzie w cudzym ubraniu….
Kiedy postanowiłam zmienić uczelnię, rodzice znów byli przeciwni. “Albo studiuj tam, gdzie zdecydowaliśmy, albo sama płać czesne” – mówili. I znów wspierali mnie przyjaciele. Mieszkałam z przyjaciółmi, oni zapewniali mi wyżywienie, a ja oszczędzałam swoje zarobki, aby opłacić studia.
Mogę podać jeszcze wiele przykładów: jak moi przyjaciele pomagali mi w spłacie kredytu hipotecznego; jak wszyscy razem robili remonty; opiekowali się mną, gdy byłem chora. I we wszystkich tych przypadkach ani moi rodzice, ani mój brat nie ruszyli palcem, żeby mi pomóc.
I to jest ta rodzina, która według nich miała mnie zawsze i we wszystkim wspierać?
Od czterech lat nie kontaktowałam się z rodzicami i bratem. Nie ma żadnego powodu. I nie ma po co. A jeśli “rodzina” to ci, którzy zawsze są gotowi do wsparcia, do użyczenia ramienia, to moją rodziną są moi przyjaciele. Sześć osób: czterej koledzy ze szkoły i dwie przyjaciółki.