Mam trzydzieści lat. Moja matka wychowywała mnie samotnie. Nie znałam ojca, było tak jakby nigdy nie istniał. Matka nie odpowiadała na żadne moje pytania dotyczące jego osoby. A w wieku siedmiu lat zrozumiałam, że nie ma sensu już pytać. Niech wszystko pozostanie takie, jakie jest.
Dorastałam i obserwowałam, jak moje koleżanki jedna po drugiej odnajdywały swoich rodziców, umawiały się z nimi na spotkania. Wielu z nich nadal się kontaktuje, chodzą na herbatę, jedzą razem kolację, spędzają razem czas w weekendy, nawet pomagają sobie finansowo. I tak sobie pomyślałam, czy jestem od nich gorsza?
Może uda mi się również nawiązać relację z ojcem. Postaram się go zrozumieć i wybaczyć. A w tym celu najpierw musiałam go odnaleźć. I pewnego razu, gdy mojej matki nie było w domu, przejrzałam jej dokumenty i znalazłam jego dane. Z ich pomocą znalazłam w Internecie jakiś adres. Postanowiłam tam pojechać, mając nadzieję, że tam mieszka.
Długo stałam pod drzwiami, nie miałam odwagi zapukać. Zebrałam odwagę i zapukałam. Drzwi otworzyła kobieta z niezadowoloną miną i zapytała niegrzecznym tonem:
– Czego pan chciał?
A ja jak głupia opowiedziałam jej wszystko.
Powiedziała, że mój ojciec rzadko się tu pojawia, a w ogóle to nie jest mój ojciec i zamknęła drzwi.
Próbowałam jeszcze dwa razy, ale za każdym razem wyrzucała mnie, nie udzielając mi żadnych informacji, nawet nie dała mi jego numeru telefonu. Więc napisałam na kartce mój numer, a obok imię i nazwisko mojego ojca i wrzuciłam do skrzynki pocztowej.
Kilka dni później ojciec zadzwonił. Pytał mnie kim jesteś, skąd jestem, jak ma na imię moja matka, czego chcę. Mówił do mnie tak oschle, nie spodziewałam się tego. Poprosiłam o spotkanie i normalną rozmowę. Ale on się rozłączył. Postanowiłam sama do niego zadzwonić, okazało się, że mój numer był już na czarnej liście. Okazał się oczywiście tchórzem. Chciałabym mu to powiedzieć w twarz. Mama prawdopodobnie postąpiła słusznie. Nie potrzebuję go.